Camino story

Relacja z zimowego Camino Frances - luty 2017


Dzień 0

A więc jadę. Wylot dopiero wieczorem.
Samolot, który mnie dowiózł (lub doleciał) do Madrytu


Przylecę do Madrytu około 23.00, a pociąg do Leon mam o 7 rano. Nie będę szukać schroniska na parę godzin, nie opłaca się, prześpię się na lotnisku. Jeszcze nigdy nie spałam na lotnisku, no to najwyższa pora :)
Takich jak ja, spędzających noc na lotnisku jest więcej, widocznie zaprawieni w bojach. Na początku trochę się czaję. Niepotrzebnie, nikt nie zwraca uwagi, ochrona przechadza się tam i z powrotem, sprzątający sprzątają co mają sprzątać, śpiący śpią co mają spać. Jestem jedną z wcześniejszych, stopniowo nas przybywa, a rano jest całkiem tłumnie. Czas się dłuży.
Z terminala 1 muszę się dostać na terminal 4, bo stamtąd jeżdżą pociągi na dworzec kolejowy. Po 4 się zbieram szukać autobusu na terminal 4, falstart za wcześnie. Dojeżdżam na terminal 4, kawał drogi. I znowu falstart, pierwszy pociąg "do miasta" 5.58. No to się cofam do terminala 4. Ładny i robi wrażenie, za to nieprzytulne miejsce do spania :)


Nie to nie jest stacja kosmiczna, to lotnisko w Madrycie, terminal 4


Do spania średnio się nadaje 

Dzień 1

Leon - Villadangos del Paramo


I znowu czekam, na dworcu Chamartin na pociąg do Leon. Pierwsze śniadanko, kawka i croissant z czekoladą,  na stojąco, nie mogłam się oprzeć tak pięknie pachniało, w przejściu między metrem, a peronami pociągów. 1,8 E. Nie jest źle.
Do Leon super szybko, super wygodnie, super sprawnie. I wszystkie siedzenia jadą do przodu - taka mała różnica między polskimi pociągami, a cieszy. Zanim wejdę do pociągu prześwietlają mój bagaż i sprawdzają bilet, a potem już jest milutko. Oglądam sobie Hiszpanie przez okno, jak wreszcie zrobi się jasno.
Leon po 9 rano siąpi. Nic to, idę dziarsko do katedry, tam ma być informacja turystyczna. Prosto, główną ulicą. Nawet nie muszę nikogo pytać o drogę.



Mokre Leon


Jest informacja turystyczna, rzeczywiście naprzeciw wejścia do Katedry.

Katedra w Leon

Katedra "z bliższa"


Podbijam Credencial, moja pierwsza pieczątka. Pytam o czynne albergi, dostaję cała listę albergue w Castilla y Leon od Leon, z zaznaczeniem kiedy czynne. Od Leon są dwie drogi, jedna wzdłuż szosy przez San Martin del Camino, druga spokojniejsza przez Villar de Mazarife. Pytam którą panie polecają w zimie, nie polecają, wybór zależy ode mnie. Wybieram wzdłuż szosy i tak mam nocować w Valverde de la Virgen.  Pytam jeszcze o Intersport, chce kupić kijki. I tu panie udzielają mi już złych informacji, nie ma Intersportu tam gdzie mnie panie skierowały, nie ma tam kijków, muszę iść do wielkiego centrum handlowego już całkowicie poza miastem, kawał drogi.
Ruszam po żółtych strzałkach malowanych na chodniku, doskonale oznakowanie. Pada mokry śnieg z deszczem i mocno wieje, nie mogę sobie poradzić z peleryną. Ręce mi kostnieją. I wtedy słyszę po raz pierwszy Buen Camino, od starszego pana, z zaskoczenia nie zareagowałam.
Dotarłam wreszcie do centrum handlowego, kijki są:  10 E - uwaga, jeden kijek. Tego się nie spodziewałam, kupuję dwa i rękawiczki, co mają być nieprzemakalne. Wracam do szlaku. Trochę się cofam do pielgrzyma i słynnego hotelu.



Oznaczenie w chodniku, muszla znak pielgrzyma

Odpoczywający pielgrzym

Pielgrzym i baaardzo luksusowy i bardzo stary hotel (wystąpił w filmie - the Way)





I średniowieczny most 


Idę i idę ulicami Leon, docieram na przedmieścia. O ławka, siadam i zdejmuje buty i skarpetki też. Spada mi butelka z wodą, nie mogę się wykokosić, żeby ją podnieść, podnosi starszy pan i podaje bosemu pielgrzymowi.
Idę dalej, Trobajo del Camino i ziemianki.


Widok na Leon

Ziemianki

Ziemianki, może mieszkalne?

Tak wyglądają z góry

Sadzawka z pielgrzymem przy ziemiankach

La Virgen del Camino przyjemne miasteczko, są sklepy bary kościół i zamknięta alberga (z tych całorocznych oczywiście). Jakoś mnie to nie wzrusza, przecież nie tu miałam spać. W otwartym barze jem obiad: bocadillo czyli ogromna kanapka, z serem, strasznie sucha (spoko świeża), strasznie mi nie wchodzi. Jeszcze nie wiem co i jak więc nie robię zakupów (spoko nauczę się).

A w ogóle to gdzie ci pielgrzymi??? Idę i idę i żadnego nie spotkałam, poza rzeźbionymi, a przecież to ta najpopularniejsza trasa camino. Wreszcie są, para pod wiaduktem w La Virgen idą w drugą stronę. Nie mają ochoty na pogaduszki to kończy się na Hola i idziemy dalej. Wychodzę z zabudowań ale dalej wzdłuż szosy. Są też klaustrofobiczne tunele.

Tunelik, mało w nim przyjemnie 

I wyjście, tu już sympatyczniej 

Dochodzę do kresu mojej wędrówki na dziś (tak mi się wydaje) Valverde de la Virgen. Jeszcze tylko znaleźć albergue. Na samym końcu miejscowości już tracę nadzieję. Jest. Po drugiej stronie bardzo ruchliwej szosy, pasów oczywiście nie ma. Trzeba jakoś przemknąć między autami. Udaje się, podchodzę do bramy i oczom nie wierzę. ZAMKNIĘTE. A tu zaczęło lać. I wtedy się rozryczałam. Jestem już zmęczona chce odpocząć. Jest późno. Do najbliższej albergi 10 km!. Ryczenie nic nie da, dzwonię (w sensie telefonem) do albergi stojąc pod zamkniętą bramą , słyszę głosy w środku, psy na zewnątrz, nikt nie odbiera.  Cóż było robić. Pielgrzym czapkę nacisnął i poszedł dalej.

Idę dokładnie wzdłuż drogi. Ściemnia się, a ja mam 10 km, z tego stresu idę szybko. Auta trąbią, o co im chodzi? Przecież nie idę szosą. Dopiero potem zajarzyłam, pozdrawiają mnie. Jednak pielgrzym tutaj, w zimie to rzadkość. Idę klnę płaczę moknę i wciąż idę. Dochodzę ledwo żywa do Villadangos, zaczynają się hotele i hostale, nie to jeszcze nie tutaj, idę dalej szukać albergi. No wreszcie jest. Po drugiej stronie szosy. Znowu przebiegam. Już ciemno wchodzę. Pytam czy otwarta. TAK. Pani i pan nie mówią po angielsku a ja po hiszpańsku. Jeszcze nie wiem co i jak w alberdze więc pytam może chcą dowód. Oczywiście nie rozumieją. I tak wyciągam dowód i credencial i 5 E. Dziwią się - to moja pierwsza noc. No tak pierwsza. Gdzie są inni pielgrzymi? I mówią mi że jestem jedynym pielgrzymem w alberdze. Pan mi tłumaczy po niemiecku gdzie sklep, gdzie bar. Sklep już zamknięty, ale bar czynny. Do której czynny bar? Głupie pytanie, Pan nie rozumie. Jak to do której, przecież bar to bar, Hiszpanie zaczynają jeść o 20. Jest około 21, a właściwie to już mieli zamykać albergue. Pan mówi że zamykają że nie zdążę wrócić z baru przed zamknięciem, Pan wręcza klucz mało rozgarniętemu pielgrzymowi, mówi rano wrzuć do skrzynki. Prowadzi mnie do boksu 4 łózka (znaczy 2 piętrowe) i mały kaloryferek elektryczny. Idę się myć. Jestem przemoknięta i przemarznięta. Jedyne ciepłe miejsce woda pod prysznicem. Poza tym lodowato wszędzie. Jak tu wyleźć spod tej ciepłej wody do lodowatej łazienki? Kończę się myć, Hospitalerów już nie ma. Sama jedna w alberdze. Nie  na pewno nie założę butów znowu, nie ma mowy, nie pójdę do baru, nie zrobię ani jednego kroku. Ledwo kuśtykam do łazienki. Trudno pójdę spać głodna. Idę do kuchni zrobić herbatę. Grzebię po szafkach może coś znajdę. Jest ryż!!! Jestem uratowana. Gotuje w malutkim rondelku pierwszym jakim zlazłam. Jest też sos sojowy pasta chilli i olej sezamowy - moja kolacja.

Mam gorączkę, chodzę w polarze i trzęsę się z zimna - ciągle. Jem, wypijam herbatę, robię następną, rozpuszczam witaminę C. I tak za każdym razem jak wstaję witamina C. Szyję bąble na stopach. Moje pierwsze szycie, igła z nitką i zostawić nitkę w bąblu, żeby płyn wyciekł. Śpię w polarze w śpiworze i pod wszystkim 4 kocami z boksu. Kaloryferek włączony. Ciepłe powietrze ucieka, przecież to tylko boks, ścianki po bokach i dziura nad drzwiami. Przynajmniej bielizna wyschnie i skarpetki. W kuchni znajduję gazety suszę buty, zmieniam gazety w nocy. Najtrudniej wygrzebać się spod kocy i wyjść w tą lodówkę. W nocy coś się dobija do drzwi idę zobaczyć, nie to tylko wiatr łomota w drzwi i szklaną albergę - lodownię. Co jakiś czas wyje alarm od pieca - oczywiście nie włączonego. Wyciągam wtyczkę, przestaje piskać.

Nad ranem budzi mnie przeszywający ból w stopie, gdzieś w środku, to nie głupie bąble, coś innego, smaruje maścią Traumon, nic to nie daje.

Lekcja pierwsza: pokory. Ja sobie nie dam rady? Przecież chodzę w góry. No nie dałam sobie rady.

Lekcja druga: rób co ci podpowiada intuicja. A podpowiadała parę razy: napisz maila do tej pierwszej albergue gdzie chcesz nocować upewnij się że będzie otwarta. A przemądrzały umysł: jak całoroczna to całoroczna, jak piszą że się nie rezerwuje albergue to się nie rezerwuje, a może zajdziesz dalej niż tam. Zawsze ma tysiąc powodów by zignorować intuicję.

Dziś przeszłam ponad 20 km, nie licząc łażenia do centrum handlowego za kijkami, razem pewnie ponad 25 km.


Dzień 2

Villadangos del Paramo - Hospital de Orbigo



Naczytałam się na blogach i przewodnikach że albergue municypalną trzeba opuścić przed 8. No to wstaję przed 7, zbieram się, tylko herbatka gorąca  i wychodzę. Jest całkiem ciemno. Klucz wrzucam do skrzynki, zamykam drzwi. W albergach są takie, że się dają otworzyć od wewnątrz, od zewnątrz już nie.

No pięknie w ogóle nie mogę chodzić - kuleję. Żółte strzałki nie prowadzą do centrum miejscowości, mijają ją bokiem. Nie mam jedzenia. Czuję świeży chleb, ale nie widzę sklepu. Nikogo zresztą nie widzę na ulicach. Wreszcie z bramy wyjeżdża furgonetka. Podchodzę, otwiera się okno: dzień dobry, chleb, sklep. Mój hiszpański jest gorszy niż Kali mieć krowa. Ale najpotrzebniejsza słowa do przeżycia znam, kupić nie znam. Pani pokazuje na bramę tam skąd wyjechała, piekarnia, no to wchodzę wołam Hola, żadnego odzewu. Przychodzi Pani ta z furgonetki zlitowała się. Mówię uno pan, pani idzie po chleb taki w kształcie bagietki, a koło mnie leży coś w rodzaju rozpłaszczonej dużej drożdzówki posypanej kryształkami cukru. Pokazuję na to że to też chcę To się nazywa una torta. Pani się upewnia czy na pewno pan i una torta. Kiwam głową. Płacę 2 E.

Idę, znaczy kuleję, w jednej ręce niosę chleb, w drugiej kijki. Po drodze zagryzam kawałki una torta. Zjadam połowę, więcej nie dam rady, resztę chowam do plecaka i kuśtykam o dwóch kijkach. Dochodzę do San Martin del Camino (4,2 km). To miejscowość końcowa standardowego etapu Leon-San Martin. Przed pierwszą albergą jest pielgrzym! Szykuje się do wyjścia. Macha do mnie radośnie, ja do niego też. Woła i pokazuje na migi ze pójdziemy razem do Astorgi. Odkrzykuję że nie, bo mam problem ze stopami i idę wolno i idę dalej. A on się jeszcze zbiera. Przechodzę przez miasteczko. Jest czynny bar - nie wchodzę, dopiero wyszłam i już się najadłam. Pod koniec miejscowości dogania mnie pielgrzym, tak nieśmiało trochę się czai. Chwile rozmawiamy. Jest z Korei, przedstawia się, ponawia swoją ofertę że pójdziemy razem do Astorgi ponownie mówię że nie, bo jestem powolna i idę tylko do Hospital de Orbigo. Szuka i szuka czegoś w swojej saszetce biodrowej, wyciąga jedną czekoladkę merci i mi daje. Biorę i łamię na pół, połowę wręczam jemu. Jemy, odchodzi, a ja wreszcie wyjmuje pelerynę, walczę z nią chwilę i kuśtykam dalej. Za jakąś chwilę doganiają mnie 2 Koreanki. Pytają czy wszystko w porządku. Ogólnie tak, mam problem ze stopami i idę wolno. Pytają czy mam lekarstwa. Mam. Pokazują że trzymają kciuki i odchodzą.

Szlak schodzi niżej od poziomu drogi obok wielkie krzaczory. Wrzeszczę ze złości bólu i bezsilności. Mogę wrzeszczeć ile wlezie, nikt mnie nie słyszy. Cały czas leje.

Dowlokłam się jakoś do Hospital de Orbigo. Przede mną most, najsławniejszy i najpiękniejszy na całej trasie.

Most w Hospital de Orbigo, nad rzeką Orbigo
Nie mam siły wejść na most. Stoję przed wejściem na most, niech będzie że napawam się widokiem. Most jest kamienisty. Kamienie równa się nierówności. Nierówności równa się różny kąt zgięcia stopy. Przy każdym kroku wyję.


I pierwsza alberga którą widzę.

Pierwsza alberga, którą widzę z mostu 
Idę do tej pierwszej albergi. Wchodzę, to jednocześnie bar. Hiszpanie w barze wskazują na barmankę, podchodzę do baru. Pode mną robi się kałuża, wychodzę strzepnąć pelerynę, podchodzę znowu. Alberga otwarta? pytam Tak. Pani mówi 10 E. Kiwam głową. I tak nie zrobię już ani jednego kroku. Pani mnie prowadzi na tyłach baru przez korytarze do pokoju. 4 łózka = 2 piętrowe. I własna ŁAZIENKA. I pokój jest ciepły!!! Ciepły kaloryfer - co za szczęście!. Myję się, jem na łóżku resztę una torta z reklamówki i padam. Jest ok. 13.00 budzę się ok 17.00. Dziś jest sobota, jutro sklepy nieczynne, wychodzę na zakupy i zrobić zwiady. Zwiedzam miasteczko odnajduję przystanek autobusowy, na którym nie ma rozkładu jazdy.


Najsłynniejszy most z drugiej strony.




Hospital de Orbigo jest też słynne z turniejów rycerskich 


Miejsce na turnieje rycerskie przy moście 


Uliczka w Hospital de Orbigo

I kościół


Uliczka z kościołem




Uliczka bez kościoła



Lokalny rynek (chyba)



I znowu most

Wracam do albergi. Na kolację w barze: menu peregrino, po raz pierwszy. 9 E. Zupa, drugie z ziemniakami (bez surówki), coś w rodzaju sernika na deser bez ciasta i butelka wody. Wodę zabieram z sobą do pokoju. W alberdze nie ma kuchni. Na kolacji spotykam dwóch pielgrzymów. Francuzów. Z sąsiedniego pokoju. Zalosowali dania lepiej, mają sałatkę. Nie gadamy za wiele. Tylko Hola. Starszy i młodszy, ale to nie ojciec z synem ani bracia. Do pokoju mi nikogo nie dokwaterowali. Znowu mam własny pokój jak udzielna księżna. Przy kolacji pytam o autobusy do Astorgi. Autobus, Astorga, jutro, godzina - mój sposób porozumiewania się. Barmanka zrozumiała. Właściciel drukuje mi kartkę z godzinami odjazdów. Są dwa: rano i w południe.
Po kolacji szyję stopy. Specjalne plastry na pęcherze się nie sprawdziły, więc ich więcej nie naklejam. Witamina C i idę spać. W cieple!


Dzień 3

Hospital de Orbigo - Astorga


Zdecydowałam się. Jest plan B czyli podjeżdżam autobusem. Chodzić nie mogę wcale. Pęcherze to pikuś, najgorszy jest ten ból w środku stopy. Mam do wyboru: wracam do domu albo jadę autobusem. Wybieram autobus. A co tam - najwyżej sobie pozwiedzam skoro już tu jestem. Wstaje 6.30. Podnoszę wielkie drewniane żaluzje. No pięknie regularna śnieżyca. Na śniadanie zjadam wczoraj kupione owoce pomarańcze i banany. Pychota. I woda zabrana z wczorajszej kolacji.
Wychodzę za wcześnie, na przystanku sterczę i marznę ponad pól godziny. Pada bardzo mokry śnieg, pelerynę szarpie  wiatr.

A jednak żal, że nie idę. Tak po dwóch dniach poddać się? Uczucie porażki. No trudno, nie dolezę 17 km do Astorgi. Nie ma takiej możliwości w tym stanie. Doczekałam się na autobus. 1.5 E. W środku ciepło i sucho. Oglądam po drodze traskę i wciąż mi żal że nie idę.

Astorga dworzec, obfotografowałam wszystkie możliwe rozkłady jazdy w kierunku camino. Wychodzę na miasto i od razu katedra.


Katedra w Astordze od strony dworca 



A obok katedry zza muru wystaje to



To czyli pałac biskupi Gaudi'ego


Katedra z drugiej strony 




Katedra w Astordze, trzeba wysoko zadzierać głowę


Chcę wejść do Katedry. Nie da się, pozamykane na głucho, w niedzielę rano! No cóż idę do kawiarni w zamian, bo cały czas pada. Herbatka i croissant czekoladowy, który nazywa się neapolitana, ale o tym dowiem się dużo później. Teraz umiem pokazać na ciastka/croissanty i powiedzieć czekolada. To we wszystkich językach prawie tak samo. W kawiarni zimno, mały grzejniczek typu farelka nie wystarcza, i tak cieplej niż na zewnątrz i nie kapie na głowę. W kawiarni dowiaduję się że katedra otwarta od 11.00 metodą pokazywania na zegarek. Po 11 wchodzę do katedry.

Nawa główna i ołtarz

Kaplica w nawie bocznej

Witraż

Nawa boczna

Główny ołtarz



O tam z tyłu po lewej siedzi mój plecak, obok plecaka będę siedzieć ja :)
Posiedzę sobie w katedrze. O będzie msza, zostanę na mszy i tak nie mam nic do roboty. W strategicznym miejscu za ławką na której siedzę, jest dmuchawa z ciepłym powietrzem. Ale mi się udało. Po zwiedzeniu katedry i zajęciu miejsca, ściągam buty :) i siedzę sobie (i stoję) w skarpetach całą mszę. Nikt mi nic nie mówi. Z tego co widzę jestem jedynym pielgrzymem w katedrze.



Wyjście z katedry po mszy

Pogoda się poprawiła, nie pada i nawet czasem wyjrzy słońce. No to idę zwiedzać pałac biskupi.



W słońcu pałac biskupi wygląda weselej.


Pałac Biskupi

Wewnątrz pałacu biskupiego jest muzeum camino. I nawet nie płacę za wstęp. Bo jakaś tam sala jest nieczynna i bilety za darmo





Codex Calixtinus, księga piąta jest pierwszym przewodnikiem turystycznym,
chciałam powiedzieć pielgrzymim :) 



A na koniec zestawienie katedry z pałacem biskupim.

Katedra po lewej, pałac po prawej
W Astordze jest muzeum czekolady, ale było otwarte w niedzielę rano, potem już zamknięte, jakoś bardzo nie rozpaczam z tego powodu. Są sklepy mocno czekoladowe.

Sklep czekoladowy

Prawie jak fabryka czekolady

Astorga jest pięknym zabytkowym miastem położonym na wzgórzu.
Plac z fontanna i pomnikiem lwa


Ratusz w Astordze


Nie wiem co, ale ładne (i stare)




A to centralnie przed - moja alberga


Albergue municypalne z pielgrzymem przed.


Park tuż koło albergue.
Albergue otwarte od 14.00. Muszę chwilę poczekać. Jest bardzo zimno z lodowatym wiatrem,  z parku szybko uciekam, ławka przed albergą jest osłonięta, tam trochę cieplej.
Jestem pierwsza w alberdze i Pani mówi po angielsku. Po zarejestrowaniu prowadzi mnie do 10 osobowego pokoju, łóżka jak zwykle piętrowe. Tylko ten pokój jest ogrzewany, reszta albergi zimna. Myję się piorę i zajmuję kaloryfery, póki jeszcze nikogo nie ma.

Ok. 15.00 pociemniało za oknem i zaczął sypać śnieg. I to jak!
To duże białe to śnieg (z okna albergi)
Jak dobrze że jestem w ciepłej, suchej alberdze.
Jem obiad - chleb, ser, tuńczyk, oliwki  z wczorajszych zakupów - obżarstwo. A potem bezczelnie wyleguję się w łóżku. Mam dużo czasu i WiFi, sprawdzam wszelkie możliwe autobusy w stronę camino.

Schodzą się pielgrzymi. Przychodzą chłopaki z wczorajszej albergi w Hospital de Orbigo. Na mój widok zrzedła im mina. Oni dopiero przyszli zmachani, a ja już w łóżku. Nie mam wywieszonego transparentu, że jechałam autobusem. Przychodzi Koreańczyk (inny niż ten od czekolady) i Victoria z Taiwanu. Jesteśmy jedynymi kobietami. Victoria lubi sobie pogadać. Gada z Koreańczykiem, a potem ze mną, w pokoju, a najwięcej w łazience. Nie możemy się nagadać. Też zaczęła z Leon, dziś przeszła 33 km. Ja tylko 17 w dodatku autobusem. Francuzi: ten starszy jest pracownikiem socjalnym, ten młodszy to Filip i pewnie jest jego podopiecznym. Realizują projekt od ok 2-3 miesięcy camino, Santiago i z powrotem albo różne trasy camino. Ale Filip skręcił kostkę i musieli trochę przystopować. Filip nie ma telefonu, gra w karty ze starszym Francuzem, a potem z Koreańczykiem. Wtedy starszy Francuz pisze w prawdziwym notatniku, a nie w żadnym smartfonie.
Grają w wojnę. Nudniejszej gry nie znam. Ale nie czuję się na siłach fizycznie, psychicznie i językowo (francuski - zero, w angielskim nigdy nie grałam w karty) tłumaczyć bardziej zaawansowanego hazardu karcianego np w tysiąca albo 66.

Całkiem wieczorem przychodzi jeszcze jeden Koreańczyk, taki trochę straszy od towarzystwa na sali. Widać że jest bardzo zmęczony. Najpierw siada na łóżku ciężko, a dopiero potem wynosi buty i się rozbiera.

Pierwszy raz śpię na sali z innymi pielgrzymami.


Dzień 4

Astorga - Ponferrada - Villafranca del Bierzo - Trabadelo


Na dziś też mam plan autobusowy Astorga - Ponferreda 8.50. Wstaję o 7.00, towarzystwo na sali jeszcze śpi i się nie rusza. Biorę klamoty po ciemku do łazienki i tam się ubieram. Przychodzę do sali dalej śpią. No to zbieram wszystkie klamoty i plecak schodzę do kuchni na dół się zapakować. W kuchni siedzi Koreańczyk, ten który przyszedł wczoraj najpóźniej. Coś już zjadł, ale nic nie pije. Pytam czy chce herbatę i mu robię. Pijemy herbatę, pakuję się, zaczynamy gadać. Ma na imię Zack. Mówię że jadę autobusem do Ponferrady. Pyta gdzie jest Ponferrada, mówię że 2 dni drogi. Rozkłada swoje kartki z trasą camino. Pokazuję mu Ponferradę. Chce jechać ze mną. Mówię że autobusem można podjechać do Ponferrady i z Ponferrady do Villafranca, ale dalej już nie. Miałam wczoraj pół dnia na szukanie, to teraz się wymądrzam. Mówi, że wczoraj przeszedł 47 km i jest zmęczony. 47 km!!! Od Leon do Astorgi . Mi to zajęło 3 dni, w tym jeden autobusem, a on to przeszedł w jeden dzień. Pyta o Cruz de Ferro. Mówię że jak pojedziemy autobusem to ominiemy Cruz de Ferro. Mam wyrzuty sumienia, że przeze mnie ominie Cruz de Ferro. Najbardziej spektakularne miejsce w górach, gdzie zostawia się kamyczki pod krzyżem, z życzeniami albo grzechami. Pytam jeszcze raz na pewno chcesz jechać? Nie będziesz na Cruz de Ferro. Na pewno, wczoraj przeszedł 47 km i dziś chce odpocząć. I że mu się spieszy do Santiago.
Wychodzimy do góry. Na sali świeci się już światło i się zbierają. Buen camino, ubieramy buty i idziemy.
Na dworzec znam drogę. Pytam o supermarkety. Zamknięte o tej porze. Otwierają o 9.00. Jesteśmy dużo przed czasem na dworcu. Idziemy do kawiarni dworcowej. On bierze tylko kawę, ja kawę i tradycyjnie z czekoladą. Kawa hiszpańska jest bardzo mocna. Mi nie przeszkadza. Koreańczyk prosi o wodę. Przełamuję (a raczej rozrywam) croissanta na pół i mu podaję w serwetce. Za bardzo nie chce, mówi że on jadł a ja nie. I tak mu daję.

Pakujemy się do autobusu, plecaki do bagażnika. Autobus jedzie ponad godzinę, po drodze mgła. Po lewej mijamy  góry te z Cruz de Ferro. Wierzchołki schowane w chmurach, tam pewnie biało i sypie śniegiem.
Z dworca w Ponferradzie, idziemy do zamku Templariuszy. Kawal drogi, Ponferrada to duże miasto.
Po drodze bank. Zack chce wymienić pieniądze, sterczymy w kolejce ponad pół godziny. Idziemy dalej. W końcu pokazuje się zamek.

Widok na zamek  Templariuszy w Ponferradzie



.
I pielgrzym na moście w Ponferradzie



Zamek Templariuszy po kawałku

I następny kawałek
Zamek Templariuszy ze znakiem camino przed

Uliczka wzdłuż murów zamku do bazyliki




A na uliczce ucieszony pielgrzym



Kolejna część zamku 

Mury zamku obrośnięte bluszczem

Widok spod zamku na nowszą część Ponferrady


Bazylika w Ponferradzie z pomnikiem Templariusza

Ołtarz główny w bazylice

I szopka - 6 lutego!

Pozwiedzaliśmy, wracamy na dworzec. Po drodze czas na zakupy na właściwe śniadanko: pomarańcze, banany i mandarynki. Znam liczebniki do 10 i nazwy owoców, daję popis hiszpańskiego. Na dworcu czekamy godzinę na autobus do Villanfranca, zjadamy śniadanko właściwe, a może to już obiad? Kto to tam wie. Zostają 2 banany pakuję do plecaka. Zapowiadają autobus do Santiago. Właściwie to możemy jechać do samego Santiago. Śmiejemy się.

Po drodze do Villafranca dolina del Bierzo i winnice, winnice, winnice.
Winnice i góry, przez szybę autobusu

W Villafranca del Bierzo plątamy się bez sensu. Chcemy zrobić zakupy i odbijamy się od drzwi - sjesta. Uparłam się żeby zobaczyć Puerta del Perdon (bramę przebaczenia) w kościele Santiago (Jakuba). Według legendy i tradycji pielgrzym, który był zbyt chory/słaby/wycieńczony, żeby dojść do Santiago mógł dostąpić odpustu po przekroczeniu Bramy Przebaczenia w Villafranca del Bierzo. Dla mnie akurat jak znalazł.  No to szukamy tego kościoła i tej bramy, jest dokładnie w odwrotnym kierunku niż powinniśmy iść. Na upartą babę nie ma siły.


Convent de los Padres Paúles czyli Klasztor Ojców Misjonarzy w Villafranca

Kościół najokazalszy w Villafranca - był zamknięty

Kościół św Franciszka też zamknięty

Widok na Villafranca spod kościoła Franciszka


Villafranca z zamkiem

To w tym kościele jest ta słynna Brama Przebaczenia - całkiem niepozorna

Kościół Jakuba z Bramą Przebaczenia i niespodzianka -  zamknięty.
Tuż przy kościele św Jakuba, alberga jedyna czynna w Villafranca - Ave Fenix, niemal tak słynna jak Brama Przebaczenia. Trzeba zdecydować idziemy dalej czy zostajemy. W alberdze mówią że następna czynna alberga za 20 km. Nie zgadza się z tym spisem, który dostałam w Leon. Ale żeby znowu nie mieć niespodzianki dzwonię do dwóch alberg. Znam dwa słowa: alberga, otwarte i w jednej słyszę no, w drugiej si. Koniec rozmów. Czynna alberga za 11 km. No nie, że mój hiszpański jest komunikatywny ?
To pod Ave Fenix po raz pierwszy spotykam Jamesa, wydaje się być taki nieśmiały. I Japończyka, który jest Chińczykiem. Japończyka, znaczy Chińczyka pytam czy zna numer kierunkowy do Hiszpanii, bo nie mogę się dzwonić do albergi. Wraca za jakąś chwilę i mi podaje.
Pytam Koreańczyka: zostajemy czy idziemy. Mówi że to do mnie należy decyzja. No cóż dzisiaj dużo trasy nie zrobiliśmy na piechotę. Potem się okazało że plątanie po Ponferradzie i Villafranca ponad 6 km. Decyduję idziemy jest wcześnie. Niech się dzieje co chce.
No to idziemy.





Schodzimy spod zamku w Villafranca

Przez ten most będziemy przechodzić, na pierwszym planie muszla Jakubowa


Za mostem dokładnie jeszcze tylko 200 km do Santiago





I jeszcze rzut oka na Villafranca del Bierzo



Niebieskie drzewa przy wyjściu z Villafranca
Widział ktoś niebieskie drzewa?
Idziemy po asfalcie, oddzieloną częścią szosy.
A to żeby się nie zgubić



I  sam św Jakub informuje, ile do przejścia, a ile już się przeszło

Rozchodziłam się, idę szybko. Przyjemna droga. Po drodze tylko jeden przystanek w Pereje, pod barem, który otwierają gdy nas słyszą. Nie wchodzimy, siadamy na zewnątrz na ławeczce. Zdejmuję buty chociaż na parę minut, zjadamy banany ze śniadania. Wstaję i ... nie tak prosto znowu zacząć chodzić. Najpierw bardzo powoli malutkie kroczki. Jak ja w ogóle dam radę iść? No dam i to szybko, po chwili. Docieramy do albergi w Trabadelo. Prywatnej. 6.50 E. Pani mówi pierwsze piętro do końca. Zakumałam za drugim razem. Wchodzimy do pokoju. 4 piętrowe łóżka. Najpierw mówią że tylko te górne są wolne, a potem się okazuje że jest jeszcze jedno dolne. Siadam z ulgą na tym dolnym. W pokoju ciasno, nie ma gdzie rozkładać plecaków. Klamoty wyjmuje i wkładam pod dolne łóżko. W pokoju Mary i jej mąż/partner Irlandczycy i Fernando - Hiszpan, taki byczek Fernando, ale to później. Pytam skąd idą. Z Saint Jean Pied de Port. Początek Camino Frances i 800 km do Santiago. Pytam Mary jak się czuje. Jak wrak (cytuję), zwłaszcza stopy. Bardzo jej współczuję. Potem do pokoju przychodzi jeszcze jeden Hiszpan bardzo zmachany. Po raz pierwszy wtedy widzę Tony'ego. Idę się myć. Do damskiej łazienki jest nas tylko dwie Mary i ja. Nie ma zamykania w drzwiach do łazienki, biorę krzesło z kuchni i przystawiam pod drzwiami. Myję się i piorę. I idę szyć stopy do kuchni, w pokoju nie ma miejsca. Najpierw przychodzi jeden Koreańczyk z ekipy z pokoju obok, a potem "mój" Koreańczyk. Przyplątuje się kot i siedzi z nami. Gadamy. Mówimy czym się zajmujemy. Muszę mu napisać w telefonie. Dla Koreańczyków wymowa europejska jest super trudna, tak jak dla nas wymowa koreańska. No cóż nie ma szycia jak gadamy, a muszę to zrobić. Jak Koreańczycy gadają między sobą szyję stopy.

Kolacja ma być o 20.00. W alberdze jest bar. Jedzenia i tak nie mamy z sobą. Ale wołają nas na kolację wcześniej. Wiadomo pielgrzymi  - ciągle to głodne, wieczorem najbardziej.
Bardzo przyjemna kolacja, siedzimy razem przy stole Mary, jej chłop, Fernando, Koreańczyk i ja. Tony nie wiem czemu z nami nie je. Mam ochotę iść po niego, ale daję sobie spokój .Po raz pierwszy jem Caldo - tradycyjną zupę galicyjską, z kapustą (pastewną taką co nie zwija główek) ziemniakami i fasolą. Pożywna i do tego podają chleb. Jestem bardzo głodna. Na drugie też dobrze zalosowałam ryba z ziemniakami i surówką.
Ekipa z pokoju obok siedzi przy drugim stole. W tej alberdze po raz pierwszy spotykam grupę: Słoweńców, Czecha, Brodatego Włocha, Koreańczyków. Sympatyczni bardzo i mają dobrą muzykę, Klasyka rocka, słyszę przeważnie Only you...

Przy kolacji patrzę z podziwem na Mary i mówię zrobiliście wielką rzecz i wtedy Mary się rozpłakała. Była wykończona. Były dni że robili po 46 km. Pytam czy były dni kiedy odpoczywali. Były. Jej chłop mówi że teraz idą do Santiago i będą jeszcze wracać na piechotę, ale już wolno na luzie. Pytam dlaczego do Santiago się tak spieszą. Irlandczyk mówi dobre pytanie i nie umie mi odpowiedzieć Mary najwcześniej wstaje od stołu i idzie się położyć. Irlandczyk mówi że jeszcze nigdy nie rozpłakała się publicznie, że jej takiej nie widział. Przecież jest wysportowana, to widzę. Mówię że wysiłek weekendowy to całkiem co innego niż wysiłek dzień po dniu przez miesiąc. Po nim widać brak witamin ma zajady na ustach. Mówi że jedzenie to po prostu paliwo, że potrzebujemy węglowodanów. Owszem ale  potrzebujemy jeszcze składników odżywczych i witamin.

Pijemy wino wnosimy toasty za camino. Czuję się szczęśliwa. Nareszcie czuję to całe camino. Dziwne, nic mi nie jest po winie, głowa nie boli, nie czuję się pijana. Na koniec pije herbatkę. Herbatka to już zbytek, nie wliczona w menu peregrino, tak jak wino, płatna oddzielnie.
Rozchodzimy się wszyscy, jutro podejście do O Cebreiro na wysokość 1500 m npm.

W nocy odpieram zmasowany atak ze strony Fernando z sąsiedniego łóżka. Za pierwszym razem struchlałam ze strachu, Mówię NIE idź na swoje łóżko. Za chwilę znowu to samo. I jeszcze po raz trzeci, chyba sprawdza czy żyję. Może powinnam inaczej się zachować? Narobić wrzasku i dać po pysku. Ale jak dać po pysku skoro tego pyska nie widać.
Jest bardzo gorąco, boję się poruszyć. Z tego wszystkiego nie mogę spać


Dzień 5

Trabadelo - O Cebreiro


Rano pierwsza idzie do łazienki Mary. Czekam aż przyjdzie, a potem świeci światło. Zbieram klamoty do łazienki. Z górnego łóżka patrzą na mnie Koreańskie oczy, nic nie mówią tylko patrzą.  Ubrana pakuję plecak. Fernando się reflektuje i mnie przeprasza.
- Nie rób tego więcej odpowiadam, myśląc: o koleś od ciebie to ja się będę trzymać z bardzo daleka. Wychodzę z albergi bocznymi drzwiami, żeby nie przepychać się przez bar. Jest całkiem ciemno. Przed albergą czeka Koreańczyk i pali papierosa, podchodzi do mnie i pyta jak moja kondycja dziś.
Wczoraj bolało mnie tu, tu, tu i tu (wskazując na stopy), dziś boli mnie tu, tu i tu. Jest wyraźna poprawa, o jedno "tu". Idziemy. Chwilę trwa znowu, zanim się rozchodzę i zacznę iść szybko.


Idziemy wąską asfaltową drogą. Jest pięknie
Czy to jesień, zima czy wiosna?

Mijamy maleńkie miejscowości.


Mijamy po drodze
I ładne ogródki.
Ładniutki ogródek
A czasem pasące się owce.




I szukamy śniadanka. Znowu zarządziłam owoce.
Pielgrzym w poszukiwaniu śniadanka.
Albo jeszcze zamknięte (bary) albo nic nie ma (sklepy). Dopiero w odrobinę większej  Vega de Valcarce (6,7 km) są aż dwa sklepy, w tym jeden czynny. W sklepie kupujemy owoce i przenosimy się do baru. I dziwię się, czemu nikogo nie ma na tych ulicach, wywiało czy co? W barze znajduję odpowiedź, ależ są: w barze. Zawsze pełny bar od rana, rano kawka, po południu karty albo inna gra, życie toczy się w barach.

Zasłużone śniadanko
Zostają 2 banany, tym razem Zack pakuje do plecaka. Mam jeszcze pół czekolady, daję Zackowi, bo znowu planuje milion kilometrów (do przejścia). Przy wyjściu spotykamy pędzącą trójkę: Mary, jej faceta i Fernando. Idą bardzo szybko. Fernando z parasolką.
Jeszcze papierosek Zacka i lecimy.

Po drodze bajkowy las.

Po lewej las z bajki
A przed nami parasolki.
Pielgrzymi to czy nie pielgrzymi?
Plecaków nie widać, może im wiozą.
Tym razem jedna parasolka przed Ruitelan.
I te spektakularne hiszpańskie mosty, a może to właściwa nazwa estakady?

Od Las Herrerias zaczyna się podejście. Na razie jest bardzo przyjemnie, asfaltem, nie stromo.



Gdzieś tu spotkaliśmy legendarną brodatą postać. Szła w odwrotnym kierunku i z daleka wołała Buen Camino z otwartymi ramionami. To jeden z tych którzy żyją camino, w sensie dosłownym. Przemierzają camino tam i z powrotem i żyją z tego co dostaną lub znajdą. Zack się fotografuje z legendą, ja zostawiam legendę w spokoju.
Raz w lewo raz w prawo

Nasze plecaki na rozdrożu.
Na lewo, lekko w dół droga dla pielgrzymów pieszych, prosto asfaltem dla rowerzystów. Zack zarządza - idziemy trasą dla rowerów. Może i dalej, ale bez stromych podejść.

Rzut oka do tyłu

I jeszcze jeden 
Pierwsze górskie widoki



I sesja fotograficzna na tle



I dalej do La Faby

Dalej do La Faby
 Tam w dole na ścieżce pieszej palą ognisko.
Ognisko w dole 
Dochodzimy do La Faby. Pięknej, malusieńkiej, takiej nierealnej trochę wioski, Zagubionej gdzieś w górach i czasie. Tu czas się zatrzymał 200 lat temu, a może jeszcze wcześniej. Gdyby nie słupy z prądem.
Jest kamienna ławeczka w środku wsi i kran z wodą dla pielgrzymów. Siadamy na ławeczkę. O matko, jaka zimna! Wyjmuję pelerynę, na pelerynie cieplej. Nie kapie z nieba, jest cudnie. Jemy po bananie. Dalej jestem głodna. Mam jeszcze wafle ryżowe (z Polski), zjadamy. Koreańczykowi smakują (ryż), resztę pakuje Zack do plecaka.

Dochodzi Tony, na ostatnich nogach, ledwo żywy. Pyta o bar, wskazuję. Zamknięty. Zrozpaczony Tony pada przed drzwiami baru. Za chwilę prosi żeby go sfotografować. Zackowi się spodobało, wykłada się koło Tony'ego. Każą się fotografować. Chwila! Bo mam atak głupawki, zanoszę się od śmiechu, no i jestem bez butów.



Tony i Zack przed zamkniętym barem w La Fabie.
To w prawym dolnym rogu to Ganeśa, indyjski bóg słoń. Camino nie tylko dla chrześcijan. Gdzieś miał być jeszcze Budda, nie widziałam, może to wcześniej, przed Leon.

Hiszpański kościół nie zawłaszczył camino i nawet nie próbuje udawać że tak jest. Camino jest dla wszystkich. Dla katolików i protestantów (Zack jest protestantem), dla chrześcijan, hinduistów, buddystów i ateistów. Dla Hiszpanów, Europejczyków, Koreańczyków, Chińczyków, Amerykanów, Australijczyków. Dla wszystkich którzy zechcą pójść.

Zbieramy się z Zackiem, Tony jeszcze zostaje. La Faba to  nie koniec podejścia. Zmienia się droga, nie ma już asfaltu.

Droga z La Faby

Spoglądamy w dół na La Fabę


Może tam gdzieś za górą jest O Cebreiro





Może to nasza droga a może nie


Jest tak pięknie 


Szczęśliwy pielgrzym

To nasza droga


A tą drogą nie pójdziemy
















Jest tak pięknie i cicho. Mówimy szeptem.

Przed ostatnią osadą przed O Cebreiro, dogania nas duża grupa. To ta ekipa z pokoju obok z wczorajszej albergi, jakaś taka powiększona. Laguna de Castilla, może dwa domy, gospodarstwa i bar. Zamknięty. Dla ekipy otworzą. Wydaje mi się że słyszę polski. Zadaję pytanie po polsku. Nikt nie odpowiada. Ekipa czeka na bar. Idę dalej, fajne chłopaki, ale wolę ciszę. Jeszcze nie chcę płoszyć tej pięknej ciszy.

Zack rusza za mną, chociaż miał ochotę zostać w barze. Znowu jest cicho. Śpiewa koreańską piosenkę o camino, a potem swoją własną piosenkę po koreańsku. Idzie przodem, staram się nadążyć żeby go słyszeć. Potem pyta czy znam polską piosenkę. Nie ma polskiej piosenki o camino. Pyta czy mam swoją ulubioną polska piosenkę. Mam dużo ulubionych piosenek. Ale teraz w głowie słyszę tylko Somewhere over the rainbow i w dodatku tylko refren. Nie śpiewam.
Zack wczoraj wspominał że w Korei jest boom na camino. No to widać. Wyszła książka o camino. Bestseller. Pytam czy czytał tę książkę. Czytał. Pytam czy dlatego poszedł, z powodu tej książki. Nie. Dalej nie śmiem pytać. Dlaczego się idzie. Tu nie zadaje się tego pytania. Jest bardzo osobiste. Albo ktoś sam powie albo nie. Nie ciągnie się za język. Zack nie mówi.


Wkrótce dochodzimy do granicy Castilla y Leon i Galicia.
Tu zaczyna się Galicia
Tu zostawiam mój kamyk, niesiony do Cruz de Ferro. I obok już oznakowanie camino po galicyjsku. Do Santiago 160 km.

Galicyjski słupek camino

Jesteśmy u góry, jeszcze tylko kawałeczek do O Cebreiro

Już prawie O Cebreiro
O Cebreiro najstarsza osada Celtycka. Najwyższy punkt mojego camino. Atrakcyjne też dla turystów. O tej porze roku ich nie ma, a i pielgrzymów niewielu.


O Cebreiro


Kościół w O Cebreiro

Celtyckie zabudowania czyli atrakcje turystyczne

Zabudowa celtycka.

Piękne miejsce, z niesamowitym klimatem. Magiczne. Niezatłoczone teraz, a nawet pustawe. Trochę się plątamy, ja chce znaleźć albergue. Zaczyna mocno sypać śniegiem i wieje. Wreszcie wchodzimy do baru, albergue poszukam później. Bierzemy caldo. Zack nad zupą zastanawia się czy iść dalej czy nie. Pyta czy idę dalej. Nie. Plan na dzisiaj był do O Cebreiro. Doszłam. Jest zamieć, jest późno. Dla mnie wystarczy. Zack kończy jeść zupę. Zdecydował idzie. Przychodzi Tony. Siada przy naszym stoliku. Zamawia menu peregrino czyli cały obiad z deserem i winem.
Przez okno widzę jednego z ekipy. Macham przez okno, zastanawia się co robić. Przechodzi reszta ekipy. Idą od razu do albergi.
Zack wstaje, żegnamy się. Trzymam fason, nie ryczę. Polubiłam go.

Czekam aż Tony skończy obiad idziemy do albergi. Na zewnątrz zadymka śnieżna, mokro, zimno i wieje. Wchodzimy do wielkiej albergi. Rejestrujemy się. Od tej pory albergue municypalne 6 E. Po raz pierwszy dostaję paczuszkę z jednorazowym prześcieradłem i poszewką. To nie bawełna, coś w rodzaju szpitalnych fartuchów jednorazowych, tylko że białe. Ogromna wielka hala na 106 łóżek, 53 piętrowe. Tony idzie w swoją stronę, ja w swoją. Wybieram łóżko najbardziej odosobnione, w najciemniejszej części hali. Idę się myć. I pod prysznicem ryczę. W damskiej łazience nie ma nikogo oprócz mnie. Kładę się do łóżka. Na zewnątrz ponuro, wieje i sypie śniegiem. W tej 106 osobowej sypialni czuję się przeraźliwie samotna i opuszczona. Obrażam się na cały świat i ryczę do woli. Dwa łóżka dalej, ten gość który zastanawiał się przed knajpą co robić, patrzy nieśmiało w moją stronę, ale nie śmie zagadać. A ja nie chcę nikogo widzieć. Rozpaczam po opuszczeniu przez przyjaciela.
W sypialni ruch. Misa, misa, domyślam się że idą na mszę. Ja nie idę, jak obrażona to obrażona. A potem robi się cicho. Pielgrzymi cały czas dochodzą, ale są cicho. M.in. czworo Koreańczyków 2 dziewczyny, 2 chłopaków. Ekipy nie ma.
Wystarczy tego ryczenia. Rozglądam się po sali, zaczyna mi brakować ludzi. Ten 2  łózka dalej - pisze, jest ciemno, podaję mu czołówkę, za chwilę kończy i mi oddaje. Trzeba coś zjeść. Wychodzę do tej samej knajpy w hotelu, gdzie jedliśmy caldo. Zamawiam menu peregrino. Kelnerka pyta czy tutaj podać. Pytam czemu pyta ale nie rozumie. Jem zupę. Wychodzi Tony z sekretnej sali schowanej na tyłach knajpy. Mówi tam są wszyscy, to rozumiem. Ale się nie mogę przenieść z całym tym kramem. Przenoszę się z deserem. Jest cała ekipa. A tu jesteście. Hello - ogólne poruszenie. Japończyk tj Chińczyk woła: pamiętasz mnie. Kurcze skądś znam tego gościa. Na wszelki wypadek mówię że pamiętam. Potem sobie przypominam. Za jakiś czas mówię do niego to Ty podałeś mi numer kierunkowy do Hiszpanii pod Ave Fenix. Ucieszył się że pamiętam. Po raz pierwszy gadam z ekipą. Słoweńcy bracia, Czech, Brodaty Włoch, Chińczyk, Tony. Koreańczycy. Tony - Hiszpan nie gada po angielsku. Gada przez telefon do mikrofonu. Pytam po angielsku czy składa na nas raport policji. Nie rozumienie. Ktoś mu tłumaczy. Śmieje się.
Wracam do albergi. Mam sąsiada od głowy, nasze łóżka graniczą głowami. Koreańczyk. Przedstawia się. June. Jest bardzo grzeczny i sympatyczny. Szyję stopy w wielkiej jasnej łazience, z ławeczką. Idę spać, jeszcze sobie trochę popłakuję.



Dzień 6

O Cebreiro - Triacastela



Dalej w podłym humorze. Śnił mi się pożar. Wstaję jak zwykle o 7. Po ciemku zbieram się do łazienki. W łazience spotykam Elizę. Jeszcze nie wiem że to Eliza. Teraz jest tylko Hola, Hola. Wracam do sali. Świeci się światło, nad moją częścią się nie świeci. Jest półmrok. Pytam Koreańczyka od głowy czy wie gdzie się świeci światło. Nie wie. Podaje mi komórkę z włączona latarką. Dziękuję i ubieram własną czołówkę. Inaczej nie da rady. Pakuję się. Zbieram swoje pranie z pionowego kaloryfera. Ubieram wilgotne buty. Łyk wody z butelki i wychodzę.

Jest sporo przed świtem. Nie wiem gdzie iść. Jest biało. Jeszcze nie ma śladów. Chyba jestem pierwsza. Schodzę do asfaltu, obok droga zamknięta taśmą i z zalepionym folią słupkiem. Domyślam się że to droga camino, ale czemu zamknięta. Nie, nie pójdę szosą. Wchodzę pod taśmę. Droga pięknie utrzymana, równiutka, kamyczki "urosły" na mrozie i chrupią pod nogami. Jest pięknie, biało i cicho, oprócz moich kroków, nie słychać nic.

Droga z O Cebreiro (zamknięta)

Idę dobre paręset m albo może 1 km zanim pojawi się słupek i się upewnię że dobrze idę. Jakby co w zasięgu wzroku od czasu do czasu  mam szosę poniżej. Dalej na drodze leżą złamane gałęzie przez wichurę. A, to dlatego zamknięta. Dziś rano nie wieje. Dochodzę do Linares, tu kończy się leśna droga. W Linares żywej duszy nie ma.



Kościół w Linares


Zimowo mglista kapuściana Galicia


Tutaj trzeba przejść przez szosę

Wschód Słońca nad zimową Galicią


Zimowa Galicia



Biało zielona Galicia


Droga pielgrzyma


Góra dla pielgrzymów, dół dla samochodów, nie ma jednych ani drugich.

Ścieżka dla pielgrzymów 
Na Alto de San Roque (Górze św. Rocha), spotykam pielgrzyma (z brązu), walczy z wiatrem, dziś  dodatkowo z mgłą.

Pielgrzym walczący z wiatrem, a dziś jeszcze z mgłą

Spojrzenie na pielgrzyma we mgle


W Hospital da Condesa mam wrażenie że przechodzę przez czyjeś gospodarskie podwórka. Po raz pierwszy dziś spotykam żywego człowieka, tutejszy gospodarz. Mucho frio zagaja, mucho frio zgadzam się z nim (bardzo zimno). 
Za Hospital dogania mnie 2-ów Koreańczyków. To sąsiad z albergi "od głowy", z kolegą. Szlak idzie tuż przy szosie, jest nierówny. Idą szosą, nie męczą się szlakiem. Jakoś czuje się patrząc na nich, że przeszli już setki km. Idą mechanicznie, jakby im było wszystko jedno. 
Szlak się oddala od szosy. Czerwone owoce na drzewach.
Czerwone owoce na ośnieżonym drzewie


A to podobne do naszej jarzębiny

Lekkie podejście do Padornelo. I na zakręcie w Alto do Poio jest otwarty bar. Najwyższa pora. Jeszcze nic nie jadłam, jest około 11.00.
Podejście do Padornelo

W barze jest 2-ów Koreańczyków, tych co mnie minęli. Cieszą się że mnie widzą, ja też się cieszę, że ich widzę. Zamawiam bocadillo con queso y verduras. Pękam z dumy, że umiem to powiedzieć: kanapka z serem i warzywami. To w kuchni. Jeszcze chce herbatę - przy barze. Herbata - te - to łatwe, w dużym kubku to trudniej, nie wiem jak jest kubek. Językiem mieszanym hiszpańsko - migowym udaje się dostać herbatę w kuflu na piwo. Właściciel marudzi, ale wkłada łyżeczkę do kufla i jest OK.

Pijesz piwo? - dziwią się Koreańczycy. Nie, to herbata. Dostaję ogromne dwie kanapki z serem, opiekane na zewnątrz, chleb wygląda na domowy, w środku plasterki pomidora. O matko! Jakie to dobre. Rzucam się na pierwszą kanapkę, przy drugiej trochę zwalniam. Koreańczycy dostają frytki z bekonem i sadzonym jajkiem. Teraz ja z kolei się dziwię. To jest Wasze śniadanie? No tak, śmieje się ten, co gada po angielsku, jestem bardzo głodny. Bardzo głodny, powtarza.
Gadamy, widzą, że jestem bez butów. Masz pęcherze? Mam. Ja też mam. Boli Cię kolano? Boli. Mnie też boli. To od tego chodzenia. Idziemy od Saint Jean Pied de Port. Dzisiaj mamy do przejścia 34 km. 34 km?! Jęknęłam. Ja idę tylko do Triacastela. Pokazuje mi swojego smartfona. Tam jest wszystko. Km, bar, albergue, wysokość, odległość, wszyściutko dokładnie dla każdej jednej najmniejszej wioseczki. Jestem jakaś niedzisiejsza, wolę przewodnik książkowy. Pewnie by się zdziwili, że dźwigam taki przeżytek.

Do baru wchodzą nowi pielgrzymi. Zaskoczenie - znowu Koreańczycy, ci  z dziewczynami. Ja już wychodzę. Koreańczycy gadają jeszcze z Koreańczykami. I tak mnie dogonią.



Zimowo wiosenna Galicia



Trzy pory roku: jesień zima i wiosna i ostrzeżenie przed pielgrzymami




Jeszcze ślady zimy 
Między zimą a wiosną 


Tutaj już wiosennie 


Od Fonfrii schodzę, ale nie tak jak straszyły przewodniki. Nie jest ostro w dół, jest przyjemnie. I robi się coraz cieplej. Skoro jest wiosna i zielona trawka to może by tak piknik? Wszak peleryna ma wszechstronne zastosowanie. Znajduję dogodny kawałek trawki, nie prywatnej, na zakręcie szlaku, w miarę suchej. Urządzam piknik wiosenny z butelką wody. Z kranu, nabranej w barze na śniadaniu.

Miejsce pikniku. o tu troszkę niżej. 

Najpierw przechodzi czworo Koreańczyków, tych z dziewczynami. Tych dwóch od głowy, poszło całkiem asfaltem, nie idą szlakiem. Potem przechodzi James, jeszcze nie wiem że to James. Woła: jak się masz dzisiaj. Dobrze, a Ty? Bardzo dobrze. Potem przechodzi Węgier, jeszcze nie wiem że to Węgier. Radosne Hola z obu stron. A potem się zbieram.

Najpierw mijam Węgra, gada z psem i go głaszcze, Obydwaj wyglądają na zadowolonych. Potem mijam Jamesa siedzi pod barem i pali papierosa, e-papierosa. Też wygląda na zadowolonego. Potem mijam Koreańczyków, trochę przyspieszam, bo niosą muzykę jakiegoś ipoda czy coś. Wolę ciszę. Ci już nie wszyscy wyglądają na zadowolonych. Jedna z dziewczyn idzie w żółtych klapkach w czerwone ciapki, a buty smętnie dyndają przytroczone do plecaka.

W Pasantes znowu przechodzę przez podwórka. Jest i Triacastela. Tego medycznego kontenera, gdzie to mieli opatrywać kontuzje i stopy, nie ma. Jeszcze się nie nauczyłam że trzeba brać poprawkę na zimę. Idę i szukam albergue. Z czynnego baru otwierają się drzwi i wołają mnie Koreańczycy, tych dwóch od głowy. Chodź coś zjeść. Nie, nie jestem głodna. Pierwsze rzeczy najważniejsze czyli ściągnąć buty. Nie wiecie gdzie jest alberga? O za Tobą. Faktycznie niepozorne ogłoszenie. Za to albergue municypalna pięknie położona nad rzeką. Kieruje się do albergi. Buen camino przytomnie wołają Koreańczycy. Faktycznie już ich więcej nie spotkam.

Do albergue akurat podjeżdża samochód. Przez kawałek łąki. To hospitalera otworzyć albergue. Znowu idealne wyczucie czasu. Rejestruję się i dostaję samodzielny boks. 2 łóżka piętrowe, sporo miejsca na plecaki i stolik. Luksusy. Za to w alberdze nie ma kuchni. Hospitalera tłumaczy prysznice są tu, piętro niżej, a sklep i pokazuje gdzie iść otwarty od 16. A teraz idzie coś zjeść. Myję się piorę i odpoczywam. Wraca hospitalera, widzi rozwieszone pranie, pokazuje tłumaczy żebym przewiesiła na kaloryfery bo włączyła ogrzewanie. W alberdze tylko ja i un senor. Nie widze tego senor ale jestem pewna że to Tony. Jest cicho, nie robi hałasu. Wychodzę do sklepu. W tym samym barze inna ekipa, duża przy piwku. Pytam czy idą dalej, raczej nie. Pokazuję na albergue, tam dziś nocuję. Idę do sklepu. I kogo spotykam? Całą ekipę z O Cebreiro a wcześniej z Trabadelo: Słoweńców, Czecha, Chińczyka, Brodatego Włocha i Koreańczyków. Pytam gdzie nocują. W alberdze przy sklepie. Ja w municypialnej. Rozchodzimy się. W barze już nie siedzą. Pytam czy bar otwarty. Zamknięty i dopiero jutro czynny. No trudno. Kolacja będzie sucha.

Wracam do albergi, ci z baru zarejestrowali się w mojej alberdze. James do mnie: Jak masz na imię Skąd jesteś? Z Polski. Mówię dobrze po polsku. To pierwsze i jedyne słowa które słyszę od Jamesa. Rozmawiamy zawsze po angielsku. James jest z Irlandii, a teraz z Anglii. Uczył angielskiego w Polsce, w moim mieście przez 9 lat. Miło Cię poznać. I odchodzi. Zbierają się wszyscy do sklepu. Ja już jem, teraz jestem strasznie głodna. Już wyszli robi się nienormalnie cicho. Wrócili. Schodzę do łazienki. I znów spotykam Elizę, Włoszkę. Tym razem już się przedstawiamy. Eliza mówi że Mirko dziś ma urodziny i robią imprezkę i żebym przyszła. No pewnie że przyjdę.

Co prawda nie ma kuchni w alberdze ale jest stół i parę ławek. Podchodzę do stołu i Mirko. O cześć pamiętasz mnie? No pewnie to ten facet 2 łóżka dalej z O Cebreiro. Wszystkiego najlepszego wręczam oliwki i pomidora.  A potem przynoszę wszystko co mam do jedzenia oprócz paru marnych plasterków sera które mi zostały. Największym wzięciem cieszy się czekolada. To już pod koniec imprezki.
Jest Eliza, Tony, James i Koreańczyk ładniutki, twarz ma jak dziewczyna ale to chłopak. Rozmawiamy po angielsku, hiszpańsku, włosku. Eliza i James znają te wszystkie języki, Mirko tylko włoski i ciut angielskiego, Tony tylko hiszpański i parę słów po angielsku.
Mirko jest Włochem z Wenecji. Musi być bardzo dumny z tej Wenecji, bo co rusz słyszymy że jest z Wenecji. Mówię że Mirko to raczej takie Słowiańskie imię a nie włoskie, Ależ włoskie. Tak jak Tony. Dodaję np Corleone. Śmiejemy się. Tony'emu się spodobało.  Mirko do mnie: jesteś zamężna. James: o zadałeś pytanie. Brawo. Cały nauczyciel.
Mirko opowiada o swojej wędrówce, James tłumaczy piąte przez dziesiąte. Ale widzę rozjaśnioną twarz Mirko i roziskrzone oczy. Wiem że odnalazł szczęście. Ktoś mówi że jesteśmy w zwykłym życiu nieszczęśliwi, bo nie  możemy znaleźć dobrych ludzi. Wychodzisz na camino i spotykasz samych fantastycznych ludzi. James opowiada bardzo sugestywnie o którejś swojej wędrówce wiosną. James idzie już 10 raz i za każdym razem mówi że to po raz ostatni. Wiosną jest pięknie wszędzie kwitnące maki i tak romantycznie. Jedno z jego dzieci urodziło się na początku camino, drugie pod koniec. A oni z żoną spotkali się gdzieś po środku. W tych kwitnących makach było tak romantycznie i namiętnie (słowa Jamesa), że nawet nie zauważyli że wciąż mają ubrane plecaki.


Do imprezki dołączają goście. Ci którzy nocują w alberdze przy sklepie. Hospitalera jest zaniepokojona i nie chce ich wpuścić. Wołam do nich jutro się spotkamy wszyscy w municypalnej i zrobimy dużą imprezę. Śmieją się: polejcie Kasi więcej wina. Hospitalera dała się przekonać. Robi się duża impreza. Jak myśmy się zmieścili wszyscy - nie wiem. Tony zaprasza wszystkich na jutro ma urodziny.
Gadamy wszyscy naraz. Węgier mówi że jest Węgrem i że studiuje w Polsce w moim  mieście, Już potrafi: zajekur..fajnie. Jest wyedukowany.

Mirko coś mówi po włosku, Słoweńcy znający biegle włoski i angielski, śmieją się i nie chcą tłumaczyć. Jest coś o zmywaniu, chyba to do mnie czy potrafię zmywać. I potem jeszcze coś. Słoweńcy się śmieją. Teraz ci proponuje małżeństwo. No proszę wystarczy że się człowiek ruszy na camino a tyle atencji dostaje. Nawet do roli zmywarki.

O 22 hospitalera wyprasza gości. A zaraz potem idę spać do swojego boksu. Siedzą dalej ale niedługo. O północy pobudka. Zaświeciło się światło, to główne, górne we wszystkich boksach. Jak je zgasić? Nigdzie nie ma wyłącznika. Po 1-2 godzinach zgasło samo.


Dzień 7

Triacastela - Sarria


Jak zwykle wstaję o 7. Dziś nie muszę się stresować że kogoś obudzę pakowaniem. Zepsute światło, pakowanie przy czołówce. W drzwiach spotykam Tony'ego. Nie wychodzi, ale jest ubrany (bez kurtki). Może pójdzie z całą ekipą? Tony mi mówi zmartwiony, że bar nieczynny. Mnie to nie wzrusza i tak się nie wybieram na śniadanie do baru. Idę. Całkiem ciemno. Maszeruję główną drogą, nie wiem gdzie są strzałki. Na końcu Triacastela widzę słupki i rozwidlenie szlaku. Na prawo przez San Xil na lewo przez Samos. Przez San Xil krótszy, przez Samos łatwiejszy, dłuższy o 6,6 km. Już wczoraj zdecydowałam że idę przez Samos. To na lewo. Szlak prowadzi szosą. Po lewej i prawej góry. Piękne krajobrazy. Daruję sobie zdjęcia i tak nie wyjdą, jest sporo przed świtem.
Dochodzę do pierwszej miejscowości San Cristovo do Real. Rozjaśnia się, ale to jeszcze nie wschód słońca.

Za zakrętem San Cristowo do Real, tu szlak schodzi z szosy
 I znowu mam wrażenie że idę przez podwórka albo opłotki.
 San Cristowo do Real - podwórka to czy opłotki?

Szlak przez San Cristowo
Potem szlak  idzie głównie ścieżką, aleją z drzewami, przy polach albo pastwiskach. Od czasu do czasu przez malutkie wioski.
Dzisiejszy szlak, zimowy ale zielony.
Te drzewa sądząc po leżących liściach to dęby. Pewnie tu są inne gatunki dębów niż nasze. A to zielone na drzewach to bluszcz, dlatego jest zielono w zimie.



Czasem drzewa mają nietypowe kształty, chociaż to może jest rak drzewa.
 Podoba mi się ta aleja

Napotykam pierwsze porzucone buty, całkiem niedawno. Bez sznurówek. Na murku z kamieni odgradzającego szlak od czyjejś własności.

Porzucone buty po raz pierwszy.
Na murku obok butów pierwszy przystanek i pierwsze śniadanko. Mandarynki. Szczęśliwie zostawiłam sobie trochę owoców na śniadanie.

Miejsce na śniadanko obok porzuconych butów.

Ciągle dębową ścieżką
Kolejna maleńka miejscowość i ciekawe znaki.

Ciekawe znaki
W zasadzie to rozumiem mieszkańców, Nikt nie chce mieć obsikanego albo obs...nego domu i sterty śmieci przy murze.

Jeszcze kilka maleńkich osad, kilka km dębowej alei, lekkie podejście, przejście pod tunelem i odsłania się widok na klasztor w Samos.



Widok na klasztor w Samos



Klasztor Benedyktynów w Samos.
Przy Klasztorze coś uprawiają, sadek i folia, znaczy jest zamieszkały. Podobno klasztor można zwiedzać o określonych godzinach. I tak nie planowałam zwiedzania. Oszczędzam siły, żeby dojść do Sarii.
Samos to miasteczko, jest kilka sklepów, a nawet bank. W pierwszym sklepie kupuję mały chlebek, takie pół bagietki i pomidora. 1 E. Mam z wczoraj parę plasterków sera. Drugie śniadanie lub obiad (jak kto woli) rozkładam w samym centrum Samos. Na murku/ławeczce kamiennej przy bibliotece, przy głównej drodze. Osłonięte od wiatru, przygrzewa słońce. Jest idealnie. I woda z wodopoju/kranu dla pielgrzymów. Nabieram i myję pomidora. Do śniadania zdejmuję buty, cywilizowanie ubieram klapki, żeby nie było, że w centrum miasta w skarpetkach.  Jem sobie i odpoczywam, przechodnie spoglądają, ale nie wrogo i bez specjalnego zainteresowania - znowu pielgrzym. Tylko jeden radosny przechodzień powie: buen camino. Tu czas płynie wolno i leniwie.
Pora się zbierać wychodzę z ciasnego starego centrum na szerszą, nowszą część. O następny sklep. Spory, a ja już nie mam nic do jedzenia, ale idę do cywilizacji, nie będę dźwigać. Kupuję tylko czekoladę. 1 E. 150 g, tu czekolady są większe.
Przy wyjściu z Samos cała rodzina pielgrzymów, kamiennych.




Mama i syn przy kranie.

A na przodzie tatuś.

Wkrótce  za Samos szlak schodzi z szosy w pola, pastwiska i prowadzi aleją po liściach i kamieniach albo błocie.

Aleja jak z zaczarowanego świata
W sumie to męcząca ta droga, góra dół góra dół, czasem kilka domów, czasem asfalt, Gdzieś na wzniesieniu bierze mnie na śpiewanie. To sobie śpiewam. Takie dwudniowe opóźnienie. Tym razem "słyszę"  chodź pomaluj mój świat. Druga zwrotka trochę mi się pląta. Skąd mi się wzięły takie starocie? Choć bardziej by pasowało Iść w stronę słońca, ale pamiętam tylko refren. Niech już będzie Chodź pomaluj mój świat.


Ścieżka przez bardzo stary zagajnik


Kościółek z cmentarzem za murem
A obok bardzo nieprzyjemne zejście po śliskich kamieniach. Tu spotkałam terenówę. Skąd ona się tu wzięła? Musiałam całkiem zejść z drogi żeby się zmieściła. Poza tym nikogo nie spotkałam przez cały dzień, żadnego pielgrzyma, ani innego człowieka. Nie licząc tych nielicznych przechodniów w Samos. 

I ponownie wyjście na asfalt, bardzo lokalny, żywego ducha nie ma. Pora odpocząć, szukam dogodnego miejsca. Jest przy drodze, pod drzewem, trawka i prawie bez kolczastych krzaczorów. To się rozkładam.



Tu sobie odpoczywam, z drzemką włącznie.
Po drzemce zagryzam czekoladą popijam wodą i idę dalej. Jeszcze kawał drogi. Chociaż km do celu ubywa.


120 km do Santiago. 

Po drodze zielone krajobrazy i jakiś samotny dom
Znowu góra dół, góra dół i więcej asfaltu. Dochodzę do San Mamede do Camino. Mam dość na dzisiaj i nie chce już iść. I skończyła się woda. Pod koniec San Mamede właściwie to już za - albergue. Podchodzę z nadzieją. Oczywiście zamknięte. Pukam może choć wody nabiorę. Bez szans. Jest ławeczka przy ścianie, to siadam i zdejmuję buty. W środku słyszę głosy ale już się nie dobijam. 4 km do Sarii. Najtrudniejsze 4 km. Sarrię już widać, ale trzeba jeszcze do niej dojść.


Dzisiejszy cel - Sarria.
Ledwo powłóczę nogami, stopy bolą okrutnie. No trzeba jakoś dojść. Wkraczam do miasta, informacja turystyczna zamknięta. Pytam przechodniów o albergue municypalną. Dalej iść tak jak prowadzi camino. No to idę i idę. Przechodzę przez całe miasto. Kto tak złośliwie lokalizuje te albergi na drugim końcu miasta? Kawałek starego miasta, ładny i pod górę. Przegapiłam albergue. Muszę trochę wrócić na dół i skręcić. Wreszcie!. Rejestruję się, wchodzę do sali. Są Koreańczycy, ci z dziewczynami. Szli krótszą trasą, bo mnie nie minęli. Są bardzo cichutko. Nie przeszkadzają. Padam na łóżko w ubraniu, potem się umyję.
Weszła trójka Hiszpanów. O matko ile narobili rumoru! Ilu musiałoby być Koreańczyków żeby narobić takiego hałasu? Milion? albo dwa. Hiszpanie nie wyglądają na pielgrzymów, jacyś tacy czyści, eleganccy i nie zmęczeni. Może dopiero będą zaczynać. Ale nawet butów nie mają odpowiednich. Na łóżku obok, pani w kozaczkach do kolan. 

No tak to Sarria, najpopularniejsze miejsce startowe. Stąd wystarczy iść, żeby dostać compostelkę, ponad 100 km. Zaczną się, już są, tłumy. Co tu musi być w lecie?

Idę się myć i tak się nie da odpoczywać. I czemu prysznice damskie mieszczą się na innym piętrze niż sypialnie? Po schodach schodzę bokiem, przodem nie dam rady.
Znowu odpoczywam, pytam czy ktoś chce pranie zrobić ze mną na spółkę, w pralce. Nikt nie chce, mi się tez odechciało. Piorę tylko skarpetki, mam jeszcze coś czystego. Dalej odpoczywam, Hiszpanie się uspokoili, albo wyszli.

Trzeba się ruszyć i poszukać jakiegoś jedzenia. Podnoszę się i szykuję do wyjścia. I wtedy wchodzi Tony z chłopakami Słoweńcami jako tłumaczami. Słoweńcy mówią Tony zaprasza cię na obiad chodź z nami, bo jesteśmy w innej alberdze. Kochany Tony specjalnie przyszedł po mnie z tłumaczami. Idę z nimi i tak już byłam gotowa do wyjścia. Pod górę. Jaka ładna alberga. Ma kuchnię, coś w rodzaju ogrodu i jadalnię. Tony tłumaczy że municypalna mu się nie podobała, ta mu się podobała. No mi też się podoba, ale jestem już w municypalnej. Chwilę siedzę ale do obiadu to daleko. Wrócę na zakupy. Na jutro i może coś dokupię do obiadu. Pytam co im kupić, wszystko mają. Wychodzę, nie daleko od mojej albergi jest wielki supermarket. Kupuję owoce chleb ser małą torebkę oliwek i coś Tony'emu na urodziny. Spieszę się zostawiam zakupy w mojej alberdze i wracam do chłopaków. Mirko i Marko szaleją w kuchni. Mirko ze spaghetti (Włoch przecież). Marko  z kuchnia koreańską. Marko to jego nowe imię, ma zostać księdzem. Gotuje i gotuje, śpiewa albo mówi że jest szczęśliwy i nie odchodzi od garów.

Wręczam Tony'emu wino i 2 czekolady. Cieszy się jak dziecko i wszystkim pokazuje prezent.
Tak mi głupio że w żaden sposób się nie przyczyniłam do obiadu, ani gotowaniem ani zakupami. ani nawet składką. Podejrzewam że mieli jakąś składkę. Może to kolejna lekcja, tym razem przyjmowania.

Mam poważną rozmowę z Czechem. Pyta czy jestem religijna. Nie bardzo. Religia/kościół to instytucja, hierarchia, władza, zależności, pieniądze, majątki. A ja wolę ciszę bez pośredników i hałasu. Może to nazwać cisza serca? Czy wierzę w Boga? Nie. Wiem, że Bóg jest.  
Czech jest z Brna. Opowiada  że na Morawach (tam gdzie Brno) kościoły są pełne, a  Bohemia (tam gdzie Praga) ma kościoły raczej puste. Opowiadam o Polsce. Do niedawna kościoły były pełne. Teraz to się zmienia. Ludziom nie podoba się mieszanie się kościoła do polityki. Nie chcą w kościele słuchać na kogo mają głosować w wyborach. O, niedobrze. Niedobrze, zgadzam się z Czechem.

Przed kolacją poznaje dwie Australijki. Bardzo ładne, zgrabne dziewczyny. Opowiadają, jak musiały zrezygnować z początku camino w Pirenejach. Samochód jadący z 4 facetami, zawrócił i pojechał w stronę dziewczyn. Potem ci faceci wysiedli i szli za dziewczynami. Najadły się strachu i postanowiły pojechać do Sarii. Iść tam gdzie jest więcej ludzi. Dziewczyny są bardzo miłe, zwłaszcza ta, co więcej gada, takie uosobienie ciepłej kobiecości, miękkości w zachowaniu. 

Nakrywanie do stołu, wszystkie stoły w jadalni i jeszcze przyniesione dodatkowe. Coś około 15 osób, bardzo dużo. Przy stole poznaję Elen. Jest z Holandii, idzie z Pampluny. Mirko serwuje spaghetti i narzeka, że nie jest takie jak powinno być. Eeee tam nie jest,  znika w tempie ekspresowym. Potem Marko donosi danie koreańskie. A dziewczyny z Korei, sałatkę. Byłam bardzo głodna ale już więcej nie mogę.

Kolacja włosko-koreańska, to jeszcze nie wszyscy.
Siedzę jak na szpilkach bo wiem że muszę wkrótce wyjść. Moją albergę zamykają o 22. Szkooooda.



Dzień 8

Sarria - Portomarin 



Rano jak zwykle, po ciemku do łazienki, przychodzę, światło świecą Koreańczycy. Hiszpanie stękają z niechęcią. Schodzę do kuchni, pomarańcze na śniadanie. Do kuchni wkracza Hiszpanka blondynka, krokiem zdecydowanym, głośna, władcza, taka w typie babo-chłopa. Ma swój garnek, coś gotuje i krząta się z werwą (albo agresją). Odrzuciło mnie natychmiast, na odległość, bardzo silnie. Aż się zdziwiłam. Nie znam kobiety, a tak reaguję. Czym prędzej się zwijam i wychodzę z albergi.



Sarria przed świtem, do góry

Sarria przed świtem, na dół


To w tej uliczce, była ta ładna alberga

Ta alberga

Tu już nie jest tak reprezentacyjnie

Wschód słońca w mieście

Jeszcze śpiąca Sarria



Most dla pielgrzymów po wyjściu z Sarii

I ścieżka pod górę też dla nich


Pierwsze promienie słońca

Czy to na pewno luty?

Moja ulubiona roślina, Hiszpanów chyba też

Pierwszy postój, na głazach i bananek, a nawet dwa. Pierwsi mijają mnie Koreańczycy. Jeden jak wystrzelony z procy, drugi stara się za nim nadążyć, a potem człapią ich dziewczyny. Jedna w żółtych klapkach. Machamy do siebie radośnie. Za chwilę Mirko. Pyta czy OK. Pewnie że OK. Odpoczywam sobie. Potem się zbieram. 


Taką drogą sobie dziś idę 
Albo taką 



I znowu się mijamy z Koreańczykami. Siedzą przed zamkniętym barem. Dochodzi Hiszpanka blondyna z kumpelą, to te z tych głośnych. Robią postój pod barem. A potem James. Idzie staje, idzie staje. Przed czymś zatrzymuje się na dłużej zadumany. Podchodzę i pytam co to. A to tradycyjne, stare 100 km do Santiago. Bo wiesz teraz mają GPS i 100 km wyszło w innym miejscu.

  
Stare 100 km do Santiago, niepozorne, gdyby nie James, nie zauważyłabym.
Przedtem tu był głaz, opowiada James. I przez te wszystkie setki lat, ludzie malowali, pisali. Tyle warstw napisów i malunków. Niesamowity głaz, już go tu nie ma. Jamesowi wyraźnie smutno. Zostawiam go w tej zadumie. Za chwilę mnie minie.

Czynny bar w Ferreiros. Wygląda na to że wszyscy się tu zatrzymują. Koreańczycy, głośna Hiszpanka i James. Nie wchodzę do baru, obiadek taszczę w plecaku


Zielono - niebiesko dzisiaj.

Droga w zieleni

Za parę km współczesne 100 km. Też zmalowane ale nie przez setki lat. 


Współczesne 100 km, satelitarnie pomierzone


Już przeszłam parę ładnych km. To może by tak piknik, bez butów ma się rozumieć i z bosymi stopami. Znajduję dogodne miejsce na polanie. Tylko trochę kłujących krzaczorów. Obiadek: chleb, ser, oliwki. Minęli mnie Koreańczycy.

Idę. Co tak wrzeszczy? Słychać od dłuższej chwili. Na skrzyżowaniu z asfaltem dogania mnie wrzaskliwa blondyna z kumpelą. Zatrzymuje się, czekam aż przejdą, chwilę stoję. Uff, ciszej.


Widoczek z wzniesienia, tam w oddali Portomarin
Portomarin już widać. Piękna, leniwa pogoda. Przygrzewa słońce. Na kamiennej ławeczce, osłoniętej od wiatru (no cóż przy wiacie z pojemnikami do selektywnej zbiórki odpadów - oddzielonej deskami), urządzam leżakowanie i opalanie twarzy. Nadchodzi Tony. Śmieje się. 
Kiedy się zbieram dochodzą Australijki, te super ładne dziewczyny.
O jaki kontrast, pomiędzy Australijką, tą co więcej gada, (towarzyska i otwarta), a rozwrzeszczaną blondyną, Hiszpanką. Ta druga zaprzeczenie kobiecości, jakaś agresja z niej bije, ta pierwsza uosobienie delikatności, miękkości i taktu.


Bliskie spotkanie z krowami

Australijki z szacunkiem ustępują krowom i schodzą na bok. Mi krowy nie przeszkadzają, wchodzę  w środek.

A tu jeszcze bliższe

I bliższe Portomarin

Zejście do Portomarin


Jeszcze tylko przez most
Kiedyś Portomarin, było tu gdzie ta woda. A potem zostało przeniesione w całości, na wzgórze. Z zabytkowymi budynkami, kamień po kamieniu. Kiedy potrzebna była budowa zbiornika. Poziom wody podobno wyjątkowo niski. I coś faktycznie wystawało z wody. Kawałki schodów, albo murów.

Schody do Portomarin 

Do Portomarin trzeba wejść na te schody


Przede mną dziewczyny z Australii. Po wejściu do Portomarin, nikną mi z oczu. Koniecznie chcę się ulokować w alberdze, gdzie będą wszyscy. Wchodzę do jednego baru z albergą. Nie ma nikogo. Trzeba szukać dalej. Zalosowałam albergue prywatną. Już po rejestracji widzę że nie ma nikogo. Może  za bardzo mi zależało? Jest kuchnia, coś ugotuję. W sklepie spotykam dziewczyny. Gdzie śpisz? W prywatnej alberdze Folgueira. O a czemu? Bo my w municypalnej i są wszyscy. No cóż nie udało się. Może takie ma być to moje camino. Przeważnie samotne.
Spotykam Marko, leci na spotkanie dwóch autobusów Koreańczyków, Przyjechali do jeszcze innej albergi - tej z barem. On też pyta gdzie śpię. O tam. 
Do mojej albergi  nie przyszedł już żaden pielgrzym. Rozwalam się na 36 łóżkach. Wieczorem robi się  zimno. Proszę właściciela o  ogrzewanie. Grzejników więcej niż przepranych rzeczy. Nie opłacam się jako jeden gość. 
Kolacja improwizacja: na szybko jajecznica, potem makaron, sos pomidorowy ze słoika, owoce morza z puszki i ser. Dobre i za dużo. Zostaje w garze na śniadanie.

W nocy się budzę i aż mnie skręca z radości. O rany, ale fajnie jutro znowu idę. 


Dzień 9

Portomarin - Palas de Rei 



Plusem mojej albergi, jest to że jest przy szlaku, wyjściu z Portomarin. Nie trzeba błądzić.

Znowu most, inny, przez tą samą rzekę.

Ubrany krzyż, tu też są porzucone buty, nie jedne.

Przyjemna droga, częściowo lasem, lekko pod górę. I okropne błoto. A ja dziś dla odmiany testuję adidasy (może będzie bez bąbli tym razem), treki przyczepione do plecaka. Nijak tych wielkich rozciapanych kałuży z błockiem obejść się nie da, nawet po kolczastych krzaczorach. Pojawiają się nowe twarze. Spotkane Hiszpanki pytają o drogę, tam gdzie słupek pokazuje równocześnie w lewo i prosto. Mówię że nie ma znaczenia i tak się spotkają szlaki i idę prosto. Muszę wyglądać na weterankę, skoro mnie pytają. Dyndające treki czy ubłocone adidasy, czy ogólnie niezbyt czyste ubranko?

Na końcu podejścia do Castromaior, siadam w sadzie pod drzewem z widokiem na szlak. O matko całe tłumy, Marszałkowska czy co? Idą na lekko, bez plecorów z dobytkiem, grupami. Idzie Tony, wyciągam dłoń z pomarańczą, bierze i przysiada na chwilę. Dużo pielgrzymów, zaczynam rozmowę. Tony: to nie pielgrzymi, to turyści, weekendowi. No good. Ja po hiszpańsku, Tony po angielsku. Językami którymi nie mówimy. Normalka na camino.
Dopytuję się o albergę, żeby znowu nie wylądować gdzieś całkiem samej. Nawet czytam w przewodniku o albergach. Zgadzamy się z Tonym że alberga municypialna w Palas de Rei pierwsza jest dobra (Os Chacotes trochę przed miastem), a druga (w samym Palas de Rei) niedobra.
No to mamy postanowione. Tony już idzie ja jeszcze chwilę siedzę. Akurat przejdą falangi turystów.


Z góry, gdzieś pod Castromaior



A to jeszcze trochę dalej
Gdzieś koło Hospital da Cruz doganiają mnie Koreańczycy. Chłopaki idą szybciej na przodzie, dziewczyny z tyłu w żółto-czerwonych klapkach. Właściwie to idziemy tak samo: Koreańczycy, Tony i ja. Mamy się w zasięgu wzroku, albo mijamy na przemian. Koło małego kościółka woła mnie Tony: chodź po pieczątkę. Woła też Koreańczyków. W środku pustego kościółka tylko pan co przybija pieczątki za donativo. Gdyby nie Tony, nie weszłabym do środka. Obok kamienne stoły i ławki, i kran z wodą. Nabieram, idę dalej nie siedzę, niewygodnie.

Przed samym Ligonde, krzyż, trochę niżej stół i ławki, kamienne. Siadam na trawie i zdejmuję  buty.
Cruceiro de Lameiros i trawka na odpoczynek bez butów.
Nadchodzi Tony. Siada przy stole. Niesie butelkę wina w reklamówce, skąd on ją wytrzasnął? Gdzieś tu musiał kupić. Nie przychodzę do stołu. Na trawie bez butów mi dobrze. Podchodzi do mnie Tony z kawałkiem sera nabitego na nożu. Ser też tu musiał kupić. Nie dzięki. Jem banany niesione z Portomarin. Stopniowo nadchodzi cała ekipa. Słoweńcy, Czech, Brodaty Włoch, Chińczyk, Marko. Siadają przy stole.
Zbieram się, zimno mi w cieniu. Przechodzą Australijki, idę za nimi.
Jeszcze Hiszpanki, które pytały o drogę na rozwidleniu. I jeszcze jedna bez plecaka, znaczy z takim maciupeńkim na wodę.

Pojedynczy pielgrzym przede mną 


Ten sam pielgrzym 
Od Ligonde  nie chce mi się już iść, a to jeszcze kaaaaawał drogi. Wydaje mi się że już powinno być to Palas de Rei. Nie ma. Są za to inne malutkie osady.
Żeby nawet pielgrzym zrozumiał - nie włazić

Już dawno nie było takich alei
Tu gdzieś był bar. Czynny. Nie weszłam chciałam już dojść do albergi.

Dojście do albergi Os Chacotes
Jestem już bardzo zmęczona. Stopy - katastrofa, jak zwykle po południu.

Jest alberga wchodzę za Tonym. Za mną Australijki. Tony pogadał z hospitalero i wypadł z albergi. Nic nam nie mówiąc. Zarejestrowałyśmy się. Hospitalero tłumaczy, że bar do 17 i wychodzi ze mną żeby mi pokazać. Nie mogę przejść tych kilku kroków. Zdejmuję buty padam na łóżko. Mówię dziewczynom że bar do 17. Jest ok 16. Idą. Ja muszę złapać chwilę oddechu. Zwlekam się i idę do baru. W barze dziewczyny. Gdzie Tony. Nie ma go tu. Dziwne byłam pewna że będzie. Poszedł do innej albergi nas zostawił. W barze przed zamknięciem tylko kanapki albo hamburgery. Biorę kanapkę z serem i warzywami. Nawet w połowie nie tak dobra i duża, jak ta kiedyś w alberdze. Po niej jestem tylko trochę mniej głodna. Przeszedł hospitalero na kawkę. Skończyłam jeść, widzę hospitalero. Wiem że by sobie jeszcze posiedział. Rozpaczliwie potrzebuję ściągnąć buty. Płacę i wychodzę. Hospitatelo dopija kawę i wychodzi, Przykro mi, muszę ściągnąć buty.

Idę się myć. Alberga ogromna i nowoczesna i bardzo zimna. I tylko my 3. Myję głowę, a potem się trzęsę, nawet w śpiworze z przykryta głową. Korzystam z okazji i urządzam szycie, jak Australijki idą się myć. Oszczędzam im drastycznych scen. Mimo adidasów dzisiaj znowu bąble. To mam gwarantowane,  codziennie świeża dostawa. Wszelkie możliwe warianty wypróbowane, z kremem (specjalnym), bez kremu, z cieniutkimi skarpetkami pod spód, bez drugich skarpetek, z plastrami, bez plastrów, w trekach, bez treków. Codziennie dostawa. W porzo jak w nowym miejscu. Gorzej jak się zrobi nowy pod starym. nie ma skurczybyka jak uszyć, a boli okrutnie.

Calkiem wieczorem robi się ciepło. Chcemy spać, a nie da się zgasić świateł, obchodzę alberge ze trzy razy nie ma wyłącznika. Przed 22 coś się łomota -  hospitalero wrócił.  Pytam jak się wyłącza się światła. Automatic. Gasną punktualnie o 22.


Dzień 10

Palas de Rei - Ribadiso da Baixo



O 6.45 rozbłysły światła. Nie ma to tamto. Pielgrzym ma wstać i opuścić albergę. No więc pielgrzym wstaje. Zjada resztki jedzenia, chleb i ser i wychodzi. Dziś niedziela. Sklepy zamknięte. Pielgrzym idzie do cywilizacji Melide do knajpy na słynną ośmiornicę gdzie spotykają się inni pielgrzymi.
Ale najpierw przechodzi przez śpiące miasteczko Palas de Rei. Alberga jest przed miastem


Palas de Rei



Klomb z herbem

Radośni pielgrzymi przy wyjściu z Palas de Rei.

A potem las. Nie byle jaki. Żółty.
Żółty las

Zółto zielono w lutym

Żółta droga

Żółte kwiatki

Pierwsi doganiają pielgrzyma tradycyjnie  Koreańczycy. Czwórka. Dziewczyny obie w żólto-czerwonych klapkach.  Dziś spacer bez odpoczynku do Melide, ponad 11 km. A po drodze do Melide było tak:
Tradycyjny spichlerz, po raz pierwszy

Po prawej bar, w zimie zamknięty


Chiński smok przy zielonej rynnie, yin-yang i Shiatsu


Most i muszla

Aleja z serii zaczarowanych
Są już napisy Melide. Raczej dla zmyłki. Bo do samego Melide jeszcze kawał drogi. Gmina Melide to i owszem albo bardzo dalekie przedmieścia typu salony samochodowe. Rozpadało się przed Melide. I wieje silny wiatr. Szarpię się z tą durną peleryną i nie mogę sobie poradzić. Plecak i przyczepiony śpiwór do plecaka to za dużo dla peleryny. A durna peleryna za dużo dla mnie. Wściekam się i wrzeszczę ze złości, nie tylko na pelerynę. Tak ogólnie na moje pokręcone życie też. Bogu też się oberwało od złośliwych starców (no w końcu jest od początku wszechświata, nie?). Czekała sobie ta złość we mnie na deszcz wiatr i pelerynę, i totalne zmęczenie. Mogę sobie wrzeszczeć. nikt nie słyszy.


Mosteczek pielgrzyma




I most pielgrzyma - średniowieczny
Przy wejściu do Melide za tym mostem maleńka osada Furelos. Taka z innej epoki. Chciałoby się napisać z innego tysiąclecia. Ale nowe tysiąclecia to raptem 17 lat. To jeszcze sprzed tamtego tysiąclecia. Właściwie to myślałam że to Melide, ale jeszcze nie. Za Furelos nieciekawe i monotonne przedmieścia Melide. Na wszelki wypadek pytam: restaurant pulpo, (restauracja, ośmiornica). Poprawna wersja powinna brzmieć pulperia, co mi uświadomiono słownie i napisem na knajpie.

Centrum miasta, główna ulica, jest i pulperia. Wchodzę spodziewając się tłumu pielgrzymów, Może wymiotło bo żadnego plecakowca nie widzę. Jedna pojedyncza Hiszpanka ta od maciupkiego plecaczka. I żadnych innych pielgrzymów. Za to normalnych pod dostatkiem.  I prawie tyle samo kelnerów. Jeszcze nie zdążyłam usiąść - kelnerka, za chwilę kelner. Nawet człowiek nie może w spokoju ściągnąć butów. I tak ściągam w pogotowiu na wierzchu mam klapki białe basenowe. Jak znalazł do wypasionej knajpy.
Skoro Melide i pulperia to będzie pulpo, tanio nie jest, fakt. Biorę najmniejszą porcję i caldo. Bo jestem głodna porządnie. I chleb niezamawiany, bardzo dobry i po raz pierwszy doliczony ekstra do rachunku. Zjadam do ostatniego kawałeczka. Najwypaśniejszy obiad jaki jadłam na camino 13,50 E plus napiwek.
Słynne pulpo w Melide

Pulpo, caldo i chleb, pyszności




W wypasionej knajpie w oczekiwaniu na pielgrzymów - nie nadeszli.

Strategiczne miejsce z widokiem na drzwi

Posiedziałam, pojadłam, odpoczęłam. Pielgrzymów jak nie było, tak nie ma. Trzeba iść. Wychodzę. Obok za rogiem jeszcze jedna pulperia i wydaje mi się, że przez szybę widzę pielgrzymów. Trudno. Nie wchodzę. Nie ma z baru do baru. Skoro nie spotkałam znajomych, niech i tak będzie. Może zbyt dużo oczekiwałam. Idę dalej. Niedziela spore tłumy i otwarty supermarket. Oczywiste że robię zakupy. Nie za dużo, nie za mało, tyle żeby starczyło i nie trzeba było za długo taszczyć. Czekoladę można.

Gdzieś za Melide jakieś 5 km, miejsce odpoczynku stoły drewniane (nie kamienne) i ławki drewniane, nie kamienne. Korzystam z okazji. Jest mokro ale nie kapie na głowę. Wykładam się na ławce, bez butów, ma się rozumieć, za posłanie - peleryna. I nawet mi się ciut przysnęło. Zbieram się i wtedy spotykam Elizę. Idzie z Koreańczykiem, jakimś innym, nie tym ładniutkim jak dziewczyna. Pytam czy nie odpoczywają. Nie, dziś idą do Arzua, a  jutro chcą dojść do Santiago 40 km. Hmm nie wydaje mi się. Eliza utyka. Boli ją kolano. Mijają mnie. Znowu przecież trwa zanim zacznę chodzić.

I kolejna miejscowość. Tym razem ja mijam Elizę i Koreańczyka. Siedzą pod kościołem, pewnie podbijali pieczątki. Nie chce mi się ściągać plecaka. Idę dalej.

Nie mam wody. Już wszystko wypiłam. W Boente ma być fontanna tj. wodopój dla turystów. Coś jest ale nie opisane i przy żywopłocie prywatnym. Nie wiem czy nabierać czy nie. Idzie Elen. Chwilę rozmawiamy. Elen mówi że woda wygląda w porządku, ale lepiej nie nabierać. A ja mówię że już nie mam wody. Nareszcie trafił się miejscowy po drugiej stronie drogi. Pytam czy woda jest pitna. Przytakuje że tak. Nabieram. Parę metrów niżej fontanna właściwa, murowana z czterema kranami. Już nie wylewam nabranej wody, idę dalej.

Mija mnie Eliza i Koreańczyk zatrzymują się przy stoliku z kamykami i życzeniami. Coś wybierają, ja się zatrzymuję trochę niżej, przy stole do odpoczynku, chwilę posiedzieć bez butów i napić się wody. Idę i znowu spotykam Elen. Idziemy razem do Ribadiso. Obie zdecydowałyśmy że nocujemy w Ribadiso, nie wchodzimy do Arzua - większego miasteczka.
I jest alberga w Ribadiso pięknie położona nad rzeczką, kilka budynków, wcześniej było gospodarstwo. Chwilę czekamy, hospitalera przychodzi po moim telefonie. Jesteśmy tylko my dwie.
Kuchnia i jadalnia w osobnym budynku. Nasza mała sypialnia tylko 4 łóżka i łazienka w osobnym. Łazienka ogrzewana, po raz pierwszy i ostatni. Hiszpanie uparli się że łazienka ma być najzimniejszym miejscem w całym budynku.
Piękna alberga, klimatyczna.

Tajemnicze wejście do albergi, przez niebieską bramę

Po lewej we wnęce recepcja, po prawej niebieskie drzwi do kuchni i jadalni

Po lewej nasza sypialnia, po prawej sypialnia zamknięta, pośrodku łazienka, ogrzewana!



Dalej się odpoczywa
A tu schodzi do rzeczki
A w kuchni:

Zlewy

Zlewy


Zlewy

15 zlewów, 6 kuchenek (nie indukcyjnych) 1 mikrofalówka i ANI JEDNEJ szklanki, garnka, widelca, łyżeczki.


Klimatyczna jadalnia, z kominkiem, bez okien 

Nie mam wątpliwości: tu gdzie kuchnia i jadalnia, były pomieszczenia dla zwierząt. A tu gdzie 15 zlewów - koryta z wodą dla krów.

Kolacja bez szaleństw: chleb i ser (i pomidor). Elen ma paprykę - smakuje obłędnie. Elen ma nóż!. Jak przewiozłaś nóż w samolocie? Nie przewiozłam, śmieje się Elen, kupiłam. Sprytnie. Ma jeszcze łyżko-widelco-nóż identyczny jak mój. Jej w całości, mój poszedł w drzazgi na pomarańczach. Gotowanie wody na herbatę w moim półlitrowym garnczku trwa całą wieczność. Gotowa kupna zupka Elen w plastikowym kubku robi się błyskawicznie w mikrofalówce.

W sypialni, po myciu siedzimy i gadamy gadamy gadamy. Wiadomo - dwie baby. Ale w końcu trzeba się położyć. Wtedy zaczynają gadać nogi. Niezbyt przyjemna ta rozmowa. Z serii bolesnych.
Znam każdy rodzaj bólu. Każdy. Rwący, kłujący, przeszywający, ostry, tępy, piekący, tak jak teraz. Gadają stopy, kolano, golenie, biodra. Idę się szyć do łazienki. Dziś przeszłam 28 km.



Dzień 11

Ribadiso da Baixo - O Pedrouzo 


Na śniadanie do kuchni idę w klapkach. Elen się dziwi: nie jest ci zimno? Nie, tłumaczę, moje stopy odpoczywają w klapkach, a ubieranie butów to ostatnia rzecz przed wyjściem. Ostatnia.  Dziwaczny to strój: polar, kurtka, czapka i bose nogi w klapkach.
Przy śniadaniu mówię do Elen, że jestem taka szczęśliwa i tak się cieszę że idę camino, nieważne że mnie bolą stopy i nogi. Elen kiwa głową ze zrozumieniem. Tak właśnie ma większość pielgrzymów, szczęśliwi pomimo ciągłego bólu.
Już wcześniej podejrzewałam że pielgrzymi to całkiem normalni nie są. Teraz nabieram pewności.

Zebrałam się, czekam na Elen dobrą chwilę przed naszym budynkiem z sypialnią. Wreszcie Elen pyta: jeszcze czekasz. Nie czekaj, to bez sensu. Może Cię dogonię po drodze. A jak nie to spotkamy się w alberdze. Nie ustaliłyśmy której, czy Santa Irene czy Pedrouzo.
Idę. Siąpi od rana.
Widok na okolicę, między Ribadiso a Arzua



Tuż za zakrętem wejście na szosę do Arzua

Gospodarstwo przed Arzua

Zielone widoki po drodze
W Arzua schodzę ze szlaku i szukam sklepu. Robię zakupy: owoce, chleb, ser. Pani w kasie nie chce mi sprzedać chleba. Mówi, po angielsku!, że chleb z soboty (dziś jest poniedziałek) i żebym poczekała 5 minut na świeży. Uparła się i już. Widocznie pielgrzymowi należy się świeży chleb. Nie chce mi się czekać 5 minut, pytam o piekarnię. Pani tłumaczy gdzie iść. W stronę szlaku. W piekarni kupuję malutki chlebek i wychodzę z Arzua.

Takie mam dzisiaj widoki.




Gdzieś w lesie, płaski głaz. Może by tak odpocząć. Rozkładam pelerynę. Wszędzie mokro. Siąpi mniej lub bardziej cały dzień. Wdrapuje się na głaz. Rozsiadam się i zdejmuję buty. I zjadam owoce. Mijają mnie Hiszpanie idący na lekko. Trochę niewygodnie na tym głazie. Idę dalej. Lasem, polami, łąkami. Mijam malutkie osady, takie na kilka domów i gospodarstw. Albo pojedyncze gospodarstwa.


Największe nieszczęście pielgrzyma? Biegunka. Po lewej drut kolczasty, po prawej drut kolczasty, bar nie wiadomo gdzie, a z tyłu dwa autobusy Koreańczyków, idących, nie jadących.

Gdzieś w malutkiej mieścince mijam się z nimi na skrzyżowaniach. A nawet proszę o pomoc z peleryną żeby mi zakryli plecak.

Jestem zmęczona i jakaś niewyraźna, nie chce mi się iść. Mijają mnie dwaj pędzący plecakowcy. Jeden ten długowłosy się odwraca i woła: skąd jesteś? Z Polski. A ty? Z Litwy. Odwraca się i pędzi dalej.
Gdzieś przed Santa Irene potrzebuję drugiego odpoczynku. Ciągle pada. Wyszukuję w lesie kawałek niezbyt zakrzaczonej trawki. Siadam na pelerynie i zdejmuję buty. Kapie mi na skarpetki. Jest mi wszystko jedno, dalej iść nie mogę.

Na pocieszenie spotykam kwitnące drzewka/krzewy. W lutym!. Kwiaty podobne do hibiskusa, liście do rododendrona. Nie wiem co to.

Kwitnące drzewko w lutym, tu nieśmiało.

A tu w pełnym rozkwicie


Z bliska
Są też buty. Tym razem inne. Poświęcone tym co zmarli na camino.

Buty zamiast tablicy pamiątkowej



Jest też tablica zmarłego pielgrzyma

Bliżej Santa Irene szlak dochodzi do szosy. Mijają mnie Koreańczycy. Starsi. Już nie mam siły iść. Nie siądę na środku drogi w deszczu, muszę człapać. Idę i ryczę. Mam nadzieję że nie słyszą. Jeden się zatrzymuje i grzebie w plecaczku, małym. Idą na lekko. Podchodzi do mnie i powtarza ciokolate ciokolate i wpycha mi do ręki dwa snikersy. Jeden przyjmuję, drugi mu oddaję, nie chce, wpycham mu do ręki. To już drugi Koreańczyk ratuje mnie czekoladą.
Nie mam ochoty na snikersa. Idę i zjadam na siłę po kawałku. Faktycznie, czuję się jakby mocniejsza. Dochodzę pod górę do Santa Irene. Koreańczycy wchodzą do baru. W pierwszym odruchu chce minąć bar. Ale wchodzę za Koreańczykami. Odpocznę w suchym miejscu.

A w barze cała ekipa. Eliza, Słoweńcy, Czech, Brodaty Włoch, Chińczyk, Marko i inni Koreańczycy. Radosne Hola. Hola. Jak się masz? Jak ostatnie nieszczęście - tego nie mówię. Odpowiadam z namysłem: wciąż żyję. Jest nieźle. Eliza dodaje i wciąż masz dwie nogi. Jeszcze lepiej. Cieszę się że widzę Elizę i nie idzie 40 km do Santiago w jeden dzień. Gdzie James? W innym barze. Gdzie Mirko? W Santiago. Gdzie Tony? Gdzieś idzie. Ekipa skończyła jeść. Kończą winko.
Zamawiam tortille, nie ma caldo. Chcę zamówić herbatę. Dostaję wodę. Niech już będzie.
Tortilla (wym tortija) to coś w rodzaju omletu/zapiekanki z ziemniakami i żółtkami. Jem pierwszy raz i już potem nigdy więcej. Smaczne, za słone.
Posiedziałam bez butów. Pora się zwijać. W barze zrobiło się gęsto. Płacę i pytam właściciela czy daleko do Pedrouzo. 4 km, pokazuje mi schematyczną mapkę . Może dojdę. Na jutro będę mieć mniej do Santiago. Wychodzę w deszcz.

Wlekę się w tym deszczu noga za nogą. Powtarzam dla otuchy że jeszcze tylko jeden dzień. JEDEN. Mam dość. Jutro odpocznę w Santiago. Mam dość tego całego camino. Tego deszczu, przemokniętych butów, obolałych stóp, przemokniętej kurtki i spodni, ubłoconych brudnych ubrań i totalnego wycieńczenia. Już nie chce iść dalej.

Dochodzę do Pedrouzo. Idę za strzałkami, zamiast główną ulicą wejść do miasta. Strzałki prowadzą znowu do lasu. Coś nie tak. Skręcam, pytam o alberge i obchodzę całe Pedrouzo dookoła. Wielkie nie jest. Ale z 1 km nadłożyłam. Ostatnie wyczerpane umoknięte brudne nieszczęście łażące bez sensu po Pedrouzo. Czy można sięgnąć dna bardziej? Po drugiej stronie drogi pod barem tych dwóch co tak pędziło. Wysoki Hiszpan przywołuje mnie gestem. Wołam gdzie alberga. Pyta czy rozumiem hiszpański. Nie. Woła Litwina. Litwin woła przez drogę: tamtędy, zobaczysz schody, przy schodach skręć. Niedaleko.

Wreszcie jest alberga. Zatoczyłam koło. Pod albergą Tony. Tak się cieszy. Ja też. Dawno go nie widziałam. Witamy się wylewnie. Rejestruję się. Wielka sala. Z wnękami pod oknami. Ustronne wnęki pozajmowane. Są wszyscy. Calutka ekipa plus inni ludzie. Elen nie ma. Zajmuje miejsce przy Hiszpance, która jest z ojcem. Wyjmuje klamoty, rozkładam na łóżku nade mną i na podłodze pod łóżkiem. Idę się myć. Ajć ledwo ciepła woda. Przepranych rzeczy nie mam gdzie powiesić, kaloryfery pozajmowane. Jest mi tak strasznie zimno. Na bluzę ubieram polar. Wchodzę do śpiwora. Trudno w środku dnia. Dalej się trzęsę. Łóżko naprzeciwko mnie zajmuje Marko. Częstuje mnie malutką paczuszką. To migdały i suszone owoce, coś w rodzaju mieszanki studenckiej. Dziś dokarmiają mnie Koreańczycy.

Poruszenie na sali, to wszystkie chłopaki z ekipy. Coś gadają z ożywieniem i wszyscy naraz wchodzą do łazienki. Co oni tam robią wszyscy razem? A łapię: golą się przed Santiago. Wychodzą inni ludzie. Przyglądają się sobie nawzajem. Chodź Kasia, wyciągają mnie z łózka, zrobisz nam zdjęcie. Fotografuje ich chyba wszystkimi możliwymi aparatami. Ogoleni i zadowoleni. Przygotowani na Santiago.

Schodzę do kuchni zrobić herbatę. Może choć trochę się rozgrzeję. Kuchnia ogromna, wyposażona w gary, sprzęty i kuchenki indukcyjne. Długi wielki stół. Zimno. Trzęsę się ciągle. Marko w swoim żywiole, gotuje w wielkich garach dla armii. Siadam przy kaloryferze, zimny. Nie mogę znieść zapachu jedzenia. Dopijam herbatę, wychodzę.

Włażę znów do śpiwora. Nie jest dobrze. Może jakoś to będzie. Nie było.



Dzień 12 i noc poprzedzająca

O Pedrouzo - Santiago de Compostela



Nie przeszłam tych ostatnich 20 km do Santiago. Zawiozło mnie pogotowie. Nie ma to jak efektowne wejście (albo wjazd).

Moje dno nie ma dziś dna. Występy w łazience, straszliwe szarpanie na potęgę, (czy ja umrę w tej łazience) słyszała pewnie cała alberga. Już nie dam rady dłużej ukrywać że coś nie tak. Siadam na łóżku cała się trzęsę i ciężko dyszę. Podchodzi Hiszpanka ta obok. Wszystko w porządku? Nie. To zadzwonię po lekarza. Nie jeszcze nie dzwoń, daj mi chwilę. Okrywa mnie swoim śpiworem. Napatoczyl się Marko. Skąd się tu wziął, przecież gotował dla armii. Zaufaj mi, stara koreańska metoda, rozwija jakieś nici. Jestem zbyt wycieńczona na eksperymenty, nawet w wykonaniu Marko. Nie chcę. Jednak Hiszpanka zeszła do hospitalery. Hospitalera dzwoni na pogotowie. Słyszę Polaka. Przyszła też skądś Eliza, słyszę tortilla, zeznaje co jadłam i jeszcze że wszyscy jedli tortille. Pytają czy mam na coś alergię. Nie mam. Kończą rozmowę. Przyjadą za 15 minut. Marko i Eliza pakują mi plecak. Zbieram jeszcze swoje rzeczy, pranie z łazienki i z korytarza, buty i kijki. Marko zwija mi kijki, troczy buty do plecaka. A potem schodzą ze mną na dół czekać na pogotowie. Miejsce przelotowe, pomiędzy wejściem, kuchnią i sypialnią. Tony się zmartwił. James widział dużo chorych ludzi na camino. Pyta czy wczoraj piłam wodę z fontanny. Myślę intensywnie. No pijam to ta rura z wodą nie podpisana przy prywatnym żywopłocie, ale to było jakieś 2 dni temu, wydaje mi się że to tak dawno. James: nie będą cię trzymać długo, 2-3 godziny i wypuszczą. A potem: faktycznie to było wczoraj. James ma rację woda z fontanny wczoraj. Ciągle się trzęsę. Eliza mnie czymś okrywa pomimo tego ze jestem w polarze i kurtce. Przyjechali. Jeszcze jedne występy w łazience przy wejściu. Czy to się kiedyś skończy?  Wprowadzają mnie do ambulansu. To Marko wszedł ze mną, wniósł mi plecak. Marko, zawsze znajduje się tam, gdzie może pomóc.

Jedziemy. A więc to tak? Przed samym Santiago? To tak wyglądają te ostatnie km przed Santiago? W ambulansie? W szpitalu sadzają mnie na wózek. Pytają o dokumenty. Wygrzebuję klamoty z plecaka na podłogę na korytarzu, rośnie cała sterta, zanim się dostanę do saszetki biodrowej, Podaje EKUZ. Są zadowoleni, już nic ode mnie nie chcą. Jedziemy wózkiem do kolejki. Strasznie się męczę. Znowu mną szarpie. Dno się pogłębia, Przynajmniej teraz nie ma pielgrzymów. I wtedy podchodzi Anioł lekarka Hiszpanka. Pyta po angielsku czy OK? Nie. Wtedy się mną zajęli. Jedziemy gdzieś. Korytarz z białymi kotarkami. Podjeżdżamy do łóżka. Nie widzę plecaka. Gdzie mój plecak pytam kilka razy. Mniejsza o klamoty, tam mam dokumenty, dopiero po dłuższej chwili ktoś przynosi. Każą mi się rozebrać i ubrać tę śmieszną koszulkę jak z amerykańskich filmów, wiązaną do tyłu. Jest mi tak strasznie zimno a muszę się rozebrać. Naciągam prześcieradło po uszy i dalej się trzęsę. Coś mi tam mierzą, wkłuwają w żyłę i podłączają kroplówkę.
Trochę się martwię co zrobię jak mnie wypuszczą o 3 w nocy. Nie wypuszczają, Co chwilę ktoś przechodzi, O coś pyta albo mierzy. Czasem pyta po hiszpańsku. Mówię ze nie rozumiem. Mój Anioł gada do mnie po angielsku. Myślą że mam wirusa. Czegoś mi tam nie mogą podać dopóki nie sprawdzą czy jestem w ciąży. Sprawdzają podają. Przez chwilę nie oślepia światło z jarzeniówki. Zasypiam, znowu światło.

Czuję że jest rano, pytam która godzina. 7.30. Jak rano to trzeba ubrać buty i iść. Pytam czy mogę już iść. Mogę. Dają mi kartę wypisu, jedną tabletkę każą połknąć - to osłona na twój żołądek. A 4 tabletki dostaję - to jakby ci było zimno. Zaciągają kotarki. Ubieram ciuchy i buty. Odsłaniam kotarki pytam o drogę do wyjścia. I wychodzę.

Co robi pielgrzym po wyjściu ze szpitala w Santiago ciemną nocą? No rano ale jeszcze ciemna noc.
Pyta gdzie jest katedra. Zapytana pani zgłupiała kompletnie i nawet nie umiała mi pokazać kierunku. Widocznie tu się nie chodzi na piechotę ze szpitala do katedry. Idę do parkingowego. Widzisz te światła i tamte samochody? Widzę. Tam idź. Idę. Leje. Pytam jeszcze parę osób o katedrę. Kręcą głowami, ale to bardzo daleko, jeszcze potem kogoś zapytaj. Trochę mnie śmieszy to bardzo daleko.

Wąskimi uliczkami dochodzę do katedry. Ten wielki plac do chyba Praza do Obradoiro. Według przewodników to tu powinnam być wzruszona i mieć łzy w oczach. Nie mam. Nie jestem. Nic nie czuję, pustka. Kto decyduje co mam czuć i gdzie? Jest mi zimno. Jestem zmoknięta. Katedra przyodziana niebieskimi płachtami i rusztowaniami, Nie ma tej majestatyczności jak w filmie. Wszystko pozamykane na głucho. Za wcześnie.

Mało majestatyczna katedra z placu do Obradoiro


Szukam biura pielgrzyma. Chcę compostelkę i znaleźć albergue. Biuro pielgrzyma też zamknięte. Chociaż już 9.00. Jeszcze sprzątają. Czekam na deszczu. Czy wydadzą mi compostelkę jak wyjdzie na jaw że nie przeszłam ostatnich 20 km? Postanawiam: rozpłacze się. Pani w biurze pyta: skąd jesteś, gdzie zaczęłaś. Podaję credencial, dostaję pieczątkę z Jakubem. W zeszycie zaznaczam wszystkie 3 cele: religijny, duchowy, turystyczny. Pani wypisuje compostelkę. Nie mam jak zabrać. Są przygotowani. Tuba 2 E. Kupuje jeszcze muszlę pielgrzyma 1 E. Dopiero teraz. Wcześniej się nie napatoczyła. I tak nikt nie miał kłopotów w rozpoznaniu we mnie pielgrzyma nawet bez muszli.

Compostelka
Pani pyta czy chce bilet do Paradores. Co to Paradores? A to ta wypaśna knajpa z hotelem, gdzie serwują darmowe posiłki pierwszym 10 pielgrzymom. No dobra, chcę. Ale może nie na dzisiaj, nie czuję się dobrze. Faktycznie, komentuje pani, nie wyglądasz najlepiej. Ups wydało się, przyznaje się że noc spędziłam w szpitalu. Pani jest pewna, że jak odpocznę poczuję się lepiej. To bierzesz albo nie? Nie ma negocjacji. Dobra biorę. Na lancz do najsłynniejszej i najstarszej restauracji w Santiago.

Bilet na darmowy lancz dla pielgrzyma.

Teraz albergue. Pani sama proponuje abergue niedaleko za 22 E. Trochę drogo w porównaniu do municypalnych na trasie po 5-6 E. Tu jest miasto przekonuje pani. Nie daję się namówić. 

Idę do informacji turystycznej, jedna zamknięta, idę do drugiej. Cały czas leje. Mają całą listę albergue z zaznaczeniem które czynne w zimie. I mapą miasta. Pytam czy mogę tu gdzieś usiąść i poszukać albergi. Nie. No to idę do kawiarni. Mają herbatę miętową, proszę o duży kubek. Jakie to dobre. Herbatnika do herbaty nie mam odwagi nawet polizać. Siedzę sobie i namierzam albergi. Jest! W przyzwoitej cenie z pralkami i wyposażeniem całkiem niedaleko. No to idę. Przechodzę znów koło katedry z drugiej strony.



Część katedry z drugiej strony


Katedra z drugiej strony
Alberga zamknięta! Powtórka z rozrywki. Leje, nie mam siły, chce odpocząć i alberga zamknięta. To po co podają że otwarta w zimie? Nawet nie mam siły żeby się porządnie zezłościć. Szukam na mapie jakiejś innej. Wypada na to ze muszę iść do San Lazaro ponad 3 km od katedry. A ja idę naokoło. W tym deszczu. Daleko. Po drugiej stronie ulicy ci co tak pędzą, pędzą w stronę katedry. Hiszpan trąca Litwina. Wołają do mnie: wszystko w porządku z tobą? Tak. Szukam albergi San Lazaro, nie widzieliście? Nie.
Koniec miasta, leje jak z cebra, nie mam kogo zapytać. Wchodzę do baru. To już blisko.

W alberdze dostaję łóżko, zostawiam plecak, przebieram adidasy, biorę aparat.  Jadę autobusem. I tak już nie zdążę na msze dla pielgrzymów o 12. Trudno spóźnię się. Nie usłyszę: Polaka, Leon. Inaczej to sobie wyobrażałam. Znowu zbyt duże oczekiwania.

Msza dla pielgrzymów
Rozglądam się po twarzach. Litwin i Hiszpan w katedrze i dwóch Koreańczyków, tych od dziewczyn. Więcej znajomych nie widzę. Za wcześnie. Przyjdą dopiero po południu.
Poza mszą dla pielgrzymów w bocznej kaplicy, katedra pusta, nieliczni turyści, albo pielgrzymi. Można zwiedzać do woli. Zwiedzam jak rasowy pielgrzym. Tylko tej kolumny, gdzie się przykłada dłoń przy głównym wejściu nie ma, w remoncie zamknięte. Ale z tyłu głównego ołtarza można sobie wejść po schodkach do figury Jakuba i jak rasowy pielgrzym przytulić się do peleryny wysadzanej klejnotami. A potem albo wcześniej zejść do grobu Santiago pod ołtarzem.
Na botafumeiro, wielkie kadzidło rozpędzane przez 8 chłopa w purpurowych kubrakach, nie ma co liczyć. Kiedyś było w piątki, a dziś nie piątek i jutro też nie. W 2017 nawet z piątków zrezygnowano. Za drogo. Odpalane tylko 12 razy w roku na szczególne święta.  Ale zawsze można zażądać widowiska - 400 E.

Nawa główna z widokiem na ołtarz Santiago (Jakuba)



Grób Santiago pod ołtarzem
Ołtarz Santiago z wiszącym sobie smętnie botafumeiro

Pozwiedzane. Skoro już tu jestem to pójdę na ten lancz.

O ten wypaśny 5-cio gwiazdkowy Parador Hotel czyli Hostal dos Reis Católicos
Najstarszy hotel na świecie nieprzerwanie działający. Tuż przy katedrze i placu Praza do Obradoiro Budowany od 1486, otwarty w 1499 jako królewski (fundowany przez Ferdynanda i Izabelę) szpital dla pielgrzymów przybywających do Santiago. 
Wejście do restauracji jest poniżej.




To jeszcze budynek Paradores, wejście do restauracji i jeszcze niżej kareta.



Rzeczywiście, jest i kareta.
To tutaj ci co chcą się załapać na darmowy posiłek powinni czekać. Według przewodników. Nie czekam nie ma mowy. Jestem przemoknięta. Peleryna i kurtka też. Znowu się trzęsę. Wracam do katedry. Tam wcale nie jest cieplej. Tylko nie kapie z góry. O 13.00 wchodzę do knajpy. Jest Litwin i Hiszpan, dwóch Koreańczyków, tych od dziewczyn w klapkach, dziewczyn nie ma, jest Czech, nocował w Monte do Gozo. Wlekłam się na końcu a załapałam na obiad z pierwszymi. Więcej osób nie znam. Razem 10. W knajpie przy barze sprawdzają bilety. Ktoś tam próbuje negocjować że przecież czekał pod karetą. Sorry tylko bilety. Nie ma negocjacji. Widocznie zasady niedawno się zmieniły.

Tu jest cieplej zdejmuje przemoczoną pelerynę i kurtkę. Siadamy przy stole, wszyscy przy jednym. Już nakrytym. Przynoszą zupę w wazach. Próbuję i... to jest niejadalne. Rozmoknięty drobny makaron, który nie widział się z solą, warzywami, ani żadnymi przyprawami. Patrzę na innych. Jedzą, nic nie mówią. Czy pielgrzym zje wszystko, czy ja grymaszę? Głodny pielgrzym zje wszystko. Coś jednak komentują, może drugie będzie lepsze. Nadziewane papryczki i opiekane ziemniaki. Faktycznie lepsze. Jem ostrożnie. Do menu peregrino w przydrożnych albergach i knajpach się nie umywa.  Skąd ta sława Paradores? Z tradycji? Wystroju? Bo nie z kuchni. 


Wystrój restauracji Paradores, miedziane rondle u sufitu
Siedzę naprzeciwko Litwina. Szedł camino del Norte, z Irun. 823 km. Del Norte? Przecież albergi w zimie pozamykane? No pozamykane. To gdzie spałeś? W lesie, mam dobry śpiwór, a czasem ktoś coś otworzył - zakonnicy. W lesie?! No w lesie, przecież mam śpiwór. Czasem ktoś coś dał albo poczęstował, ser mi dawali. Ot tak po prostu, masz ser. Wolny człowiek nie potrzebuje alberg i dostaje ser.
Dopiero po przejściu 600 km spotkał pielgrzyma. Po 600 km! Pytam czy gada po hiszpańsku. Nie. A Hiszpan z którym idzie nie gada po angielsku. Idą razem. Normalka.
Względność czasu według Litwina. Jak ten czas szybko leci tu na camino. Już Santiago, ani się obejrzeć. Nie był w domu od 2 lat. Pracował w Irlandii, a potem camino. W Irlandii ten czas to dopiero wolno idzie. W fabryce patrzysz na zegarek dopiero 10, znowu patrzysz dopiero 10.30. Czas stoi w miejscu. I tak nudno. Ci sami ludzie nawet po pracy. Nic się nie dzieje. Czuje się cały czas jak w fabryce. Dużo Polaków w Irlandii i w fabryce. Ale chociaż dobre pieniądze? No dobre. Ale już nie chce więcej fabryki. Wraca do domu.

Jeszcze deser. Małe kawałki ciasta. Różne rodzaje. Kroimy na jeszcze mniejsze. Nigdy bym nie pomyślała że można ciasto pokroić na tak mikroskopijne kawałeczki. Koniec lanczu. Koniec camino. Ociągamy się nie chcemy wychodzić. Coś się skończyło. Czech mówi że idzie poszukać swojej ekipy, tej ekipy. Będą pewnie w jakimś barze. To miało być samotne camino. Wybrał się sam. Ale nadarzyła się ekipa. Co zrobić. Szedł z ekipą. A teraz idzie jej szukać.
Hiszpan i Litwin zostają na kawę. Wychodzę. Nie zatrzymam chwili. Nie zatrzymam camino.

Wracam do albergi. Przestało lać. To może pójdę na piechotę i tak nie wiem gdzie jest przystanek autobusu w drugą stronę. Idę tą samą drogą co rano. Naokoło.

Rzut oka na Santiago

Blisko albergi spotykam Jamesa. Ma bardzo fikuśny kij pielgrzymi (zmalowany zakręcany i z kwiatkiem) i nową koleżankę Renatę z Czech.
James (w wolnym tłumaczeniu): co ty ku..wa tutaj robisz??!! James pali jak smok, klnie jak smok (czy smoki klną?) i pije jak smok. Co ze szpitalem??
Szpital wciąż stoi w tym samym miejscu, a mnie rano puścili wolno.
Nie jesteś niebezpieczna, nie zarażasz? Nie. Niech cię uściskam. Co ci było? Jakiś wirus.
Ty szczęściaro! James się reflektuje. Nie musiałaś iść.
No ale ze szpitala do katedry jest kawał drogi i nocuję w alberdze San Lazaro ponad 3 km od katedry i łażę tam i z powrotem. Pocieszam go jak mogę. Nie wygląda na pocieszonego.
Gdzie nocujesz James? W hotelu. W hotelu??? Zbieram szczękę z chodnika. Wiem jestem zepsuty. Ależ skąd nie jesteś zepsuty, jesteś bogaty. Nie jestem bogaty. Szedłem tyle czasu że teraz chce się wykąpać.
A co robisz wieczorem? Będę odpoczywać. Bo wiesz może przyjdziesz do baru. Na ulicy gdzie jest dużo knajp. Jest dużo ulic gdzie jest dużo knajp. No fakt. Nie, nie dzisiaj. Nie czuję się jeszcze dobrze.
I wtedy widziałam go po raz ostatni. Czecha i Litwina w Paradores. Koreańczyków od dziewczyn też. A ekipę w alberdze w Pedrouzo. Więcej już ich nie spotkałam. Ani Tony'ego ani Elizy, ani Słoweńców, ani Marko.

Przechodzę na drugą stronę ulicy, na stronę gdzie moja alberga. Za chwilę widzę Elen. Maszeruje dziarsko. Macham do niej. Nie widzi mnie. Przekrzyczeć ruchliwej ulicy nie mam siły.

Jest i alberga. Wreszcie wykąpać i wyprać by się przydało. Idę się kąpać. Łazienka w innym budynku. Przejście do sypialni pod dachem, ale zimno! Ganiam z mokrymi włosami po tym zimnie. Teraz pranie. Pralki na zewnątrz pod dachem. Nie mam drobnych do pralki ani suszarki, Pralka 3.50 E suszarka 1.50 E. Nie ma problemu. Hospitalera rozmienia banknot. Proszę chodź ze mną i mi pokaż jeszcze nigdy nie prałam w takiej pralce. Tylko się wkłada poradzisz sobie. Jak dobrze że zabrałam ze szpitala wielką reklamówę gdzie były moje ciuchy. Wszystko do prania się zmieści. Już nie mam nic czystego, nic poza względnie czystymi spodniami na popołudnie i jedną bluzką (względnie czystą) i jednym podkoszulkiem. Wszystko do prania. Nawet kurtka. Wielka pralka, Wsadziłam taką górę a tu dopiero połowa. Faktycznie obsługa prosta. I nie wolno sypać proszku. Już jest w pralce. To po co targam z Polski ten proszek przez całe camino. Nastawiam pralkę.

Idę zrobić herbatę. Po kuchni ktoś się krząta. Facet. Nie wiesz gdzie supermarket? Pokazuje na usta, że zamknięte. Podchodzi do okna pokazuje kierunek i pisze na skrawku papieru 300m, ale jest duże centrum dalej. A wiem widziałam w końcu już dwa razy tamtędy lazłam. Całkiem spoko rozmowa z kimś komu nie wolno mówić.
Wracam do sypialni z herbatą. 12 łóżek, 5 zajęte. Mam sypialnię z chłopami. Pewnie będą chrapać. No trudno.


Sypialnia w Residencia de Peregrinos San Lazaro

Trzeba wyleźć ze śpiwora i przerzucić pranie do suszarki. Zimno!!!! Wyjmuje do wielkiej reklamówy. A obok ten z zasznurowanymi ustami wyjmuje z suszarki swoje ciuchy. Pyta gestami czy potrzebuje suszarki. Potrzebuję. Pomaga mi załączyć. Kurtkę rozwieszam na sznurku. I biegusiem do śpiwora. Dziś już nic nie jem. Lepiej nie. A po zakupy i tak nie mam w czym iść.
Znowu trzeba wyleźć po ciuchy. W sypialni pusto, siedzą w kuchni. Mogę spokojnie poukładać ciuchy w cieple, a nie przy pralkach. Ubranko do spania wyprane i wysuszone. Można się przebrać. Jeszcze kurtka na kaloryfer. Mogę iść spać. Nogi bolą jak zwykle. Jutro nigdzie nie idę, będę odpoczywać.



Dzień 13 

Santiago de Compostela


Rano trzeba iść na zakupy. Zero jedzenia i wszystko mi się pokończyło. Żel do mycia (i prania), krem (do wszystkiego), chusteczki, nawet herbata. To idę do centrum handlowego. Do Carrefoura. Ze 2 km w jedną stronę. Tuż po otwarciu jeszcze nie ma ludzi. Kupuję za dużo jedzenia. Śniadanko wreszcie. W alberdze się przerzedziło. Tego z zasznurowanymi ustami już nie ma.

Przed recepcją siedzi facet z tobołkami spakowany. Jest ładnie, wyszło słońce. Skąd jesteś pyta. On jest ze Szwecji. I zaczynamy gadać. Przeszedł Camino Portugues i Frances od Pampluny. A teraz na kogoś czeka, dziś ma spać w Monte do Gozo. Gadamy, gadamy, gadamy. O budowie dróg w Hiszpanii i Polsce, o budowaniu za dużo w Hiszpanii, mieszkania stoją puste, o porządku i śmieciach w Hiszpanii, o recyklingu i o tym że wszystko powinno się zwracać, tam gdzie się kupiło, samochody, pralki wszystko, o czarnoziemach na Ukrainie, że wystarczą żeby wyżywić Europę (no nie wydaje mi się) i wywożeniu gleby wagonami z Ukrainy, i  że próchnica ma miąższość 4 m (trochę jednak przesadza) i rolnictwie w Hiszpanii, i że deszcze padają we Francji, a nie w Hiszpanii i o rolniku co w Hiszpanii ma 200 ha i nie zostaje mu na jedzenie, bo trzeba zapłacić za paliwo za nawozy opryski i podatki, o tym że Niemcy i Szwajcarzy są dobrze zorganizowani lepiej niż reszta Europy i dlatego są bogaci, że majster niemiecki ma jedne narzędzia przez całe życie, a hiszpański kupuje co chwilę. I o Finlandii, że płacą obywatelom. I wtedy nie musi się żyć i pracować w mieście, można na wsi, życie jest tańsze, i zajmować się czym się chce, malować albo pisać książki. Albo mieć ogród, dorzucam. Jak zostać obywatelem Finlandii??? No nie można, skoro się tam nie urodziło. To można nie pracować i robić co się chce?? Naprawdę? Chcę do Finlandii.

Wreszcie facet się zbiera. Ja też bym poszła. Nie będę przecież siedzieć w alberdze jak jest słońce. To nie tak miało być. Dziś miał być deszcz na odpoczywanie, a wczoraj miało świecić słońce na wejście do Santiago. Trudno dyskutować z deszczem kiedy ma padać a kiedy nie. Idę. No gdzie można pójść w Santiago? Tym razem idę praworządnie za żółtymi strzałkami. Monte do Gozo (Wzgórze Radości) mnie ominęło i spektakularni pielgrzymi z brązu, radujący się z widoku katedry w Santiago, ale z San Lazaro mogę sobie podejść szlakiem do katedry.

Cieszący się pielgrzymi na Monte do Gozo (których nie widziałam)
Źródło: http://www.galiciaenfotos.com/tag/monte-do-gozo/

Wypatruję strzałek, już jakby ich coraz mniej

Te jeszcze mniej rzucające się w oczy
Coraz rzadsze znaki camino

I po drodze zwiedzanie miasta, nie tylko katedry.



Można ładne budynki na wzgórzu? Można. Nowocześnie i ładnie.
W Santiago nie tylko katedra, nowoczesność też, w oddali na wzgórzu


Kwitnący rododendron po drodze

Tu nie ma wątpliwości gdzie ma iść pielgrzym, wieże katedry widać



I wąskie uliczki 
wychodzące na szersze place 



Kwitnąca wiosna przed, no nie wiem przed czym 




Wejście do katedry dla pielgrzymów, tłumów nie ma
Wyjście z katedry



Ogromne Praza do Obradoiro


Na placu przed katedrą spotykam Elen. Tak się cieszę. Jak dobrze Cię widzieć. Elen wita mnie słowami: czy to prawda że byłaś w szpitalu? Pielgrzymie wieści się szybko rozchodzą. No prawda, ale miewam się całkiem dobrze. Elen jest z ojcem. Opowiadała w Ribadiso że ojciec ma przylecieć do Santiago i będą razem szli na Fisterrę. Elen nie chce ojca wystraszyć albergami, nocują w hotelu. To już drugi pielgrzym, który śpi w hotelu. No w końcu po coś te hotele są w Santiago. Idą z ojcem do muzeum katedralnego i zwiedzanie dachu. Ja jakoś nie mam ochoty na zwiedzanie zorganizowane. Elen się ze mną nie żegna, bo ja też pójdę na Fisterrę. Będziemy się mijać. To na razie.
I tyle ją widziałam. Nie mijałyśmy się.


Jeszcze wczoraj miałam wątpliwości: jechać do domu wcześniej skoro doszłam do Santiago, czy iść na Fisterrę. Krótko myślałam. Rano już byłam zdecydowana. A  pójdę, to jeszcze nie koniec mojego camino.

A tu się mieści policja i bardzo porządne kibelki, za  darmo

Śliczne uliczki  nie zamknięte dla ruchu




I seria wąziutkich uliczek. Lubię takie






A tu trochę szersze, z podcieniami. 






I znowu katedra, do znudzenia

Katedra
Katedra



Gdzieś w okolicach katedry
Sklepów z pamiątkami z camino całe mnóstwo i ładne rzeczy. Obiecałam sobie że nic nie kupię, żadnych pamiątek, bo potem będę musiała taszczyć,  no i nie zmieszczę do plecaka. Chociaż wejdę i pooglądam. Nie mogłam wyjść. Kupiłam 5 widokówek, może zmieszczę.

Widokówka z makami
Już wystarczy tego zwiedzania. Pora wracać do albergi.


A to już nie katedra

I coś z innej beczki, podziemne pojemniki na selektywne odpady
Przychodzę porządnie zmęczona do albergi. Miałam dziś odpoczywać i nigdzie nie chodzić i natrzaskałam dobrze ponad 10 km.
W alberdze zostało nas tylko dwoje. Wszyscy inni już poszli, albo wrócili do domu. Jeszcze obiadokolacja: paella ryż z owocami morza, kuchnia wyposażona we wszystko, można szaleć z gotowaniem, no to jest wyrafinowane gotowanie z....mrożonki. I mogę odpoczywać. Czytam o trasce na Fisterre, wystarczy tego siedzenia w jednym miejscu, pora się ruszyć.
Po 22 przychodzi jeszcze jedna osoba, my już śpimy, jak to w alberdze. Świeci światło. To nie pielgrzym, duża walizka, plecaczek i torebka, ale hospitalera ją wpuściła. Rozpakowuje się i szykuje do spania, długo świeci się światło.



Dzień 14 

Santiago de Compostela - Negreira


Wstaję po ciemku żeby nie świecić światła, ubrana pojedzona, ale w końcu trzeba zaświecić. Nie spakuję tylu klamotów w ciemnościach. Brutalna pobudka dla długowłosej - nie pielgrzyma. Pyta która godzina.  8. Potem chwilę rozmawiamy. Czy trzeba opuścić alberge rano? Nie, nie trzeba. Pyta skąd szłam i dokąd jeszcze idę. Jej nie pytam czy idzie, bo przecież widzę że nie idzie. Z tyloma bagażami. Może po prostu tani nocleg, ale widać że camino ja nęci, a może kiedyś szła.


Kije pielgrzymie pod albergą można się częstować
Z albergi pod katedrę podjeżdżam autobusem. Nie trzaskam niepotrzebnie dodatkowych km po mieście.



Katedra rano


Tu zaczyna się szlak, strzałek nie ma, albo bardzo słabo widoczne. Mam mapę Santiago z biura pielgrzyma, sprawdzam nazwy ulic którędy iść.



Tędy prosto, na dół.

I pierwszy słupek camino, przy wyjściu z Santiago. Stąd na Fisterrę 88 km, do Muxii 86.

Pierwszy słupek camino na Fisterrę
Uff  koniec Santiago. Szlak wygląda tajemniczo i zachęcająco.
Wreszcie szlak za miasto

I wreszcie na szlaku, wreszcie w drodze. Może i Santiago, może i katedra, może i pranie i czyste ciuchy, ale tu mi najlepiej. Wspominałam już? Pielgrzymi normalni nie są.




I znowu stare mosty
I droga pomiędzy murami


Na górce za miastem rzut oka na katedrę. Stąd widać że góruje nad miastem.




Plecak waży 6 ton. Jedzenie, nowy krem, uzupełniony żel (i 5 widokówek). Nawet w Polsce nie był taki ciężki. Teraz taszczę jedzenie, ciekawe po co aż tyle. Robi się ciepło. Jak zdejmę kurtkę i włożę do plecaka będzie ważył 6,5 tony. Nie mam wyjścia zdejmuję kurtkę.


















2 komentarze:

  1. Jest bardzo ciekawie,czekam na następne dni.:)

    OdpowiedzUsuń
  2. Czyta się jak powieść przygodową. Też czekam na ciąg dalszy :)

    OdpowiedzUsuń